Serce jak lód

„Z burzy życiowej wyniosłem tylko kilka pojęć… i ani jednego uczucia. Dawno już żyję nie sercem, lecz głową. Ważę i analizuję swoje własne namiętności i postępki z surową ciekawością, ale bez przejęcia. Jest we mnie dwóch ludzi: jeden żyje w całym znaczeniu tego słowa, drugi myśli i sądzi tamtego.”

Lermontow

‚Un Coeur En Hiver’, jak sama nazwa wskazuje, opowiada historię serca zimnego niczym lód, które zbiegiem okoliczności zaplątało się w trójkąt miłosny z utalentowaną skrzypaczką i przyjacielem. Zainspirowany fragmentem powieści Lermontowa ‚Bohater naszych czasów’ z przed ponad wieku, Claude Sautet postanowił go zaprezentować, wykorzystując sonatę Maurice’a Ravela. Efektem jego wysiłków w 1992 roku była pokaźna suma nagród na koncie filmu, w tym Srebrny Lew, nagroda FIPRESCI i Pasinetti (najlepsza aktorka dla Emmanuelle Beart) w Wenecji lub za najlepszy film zagraniczny od National Board of Review.

Przywołanie rosyjskiej literatury nie jest przypadkowe, bo w jednej z pierwszych scen wspomnianą książkę Stephane (Daniel Auteuil), główny bohater i początkowy narrator, otrzymuje od swej przyjaciółki, która śmiało stawia tezę, że ten znajdzie w Pieczorinie wiele podobnych sobie cech. Dla wprawnego oka widza, który to dostrzeże, a tę historię zna jest to również zapowiedź finału. Nie przeszkadza to zupełnie w czerpaniu pełnymi garściami z cudownego scenariusza i uzupełniających się wątków miłosnego z muzycznym, do czego mam w kinie słabość. Wybór impresjonistycznego kompozytora i jego inspirowanej amerykańskim bluesem i jazzem sonaty na pianino i skrzypce jest równie nieprzypadkowy, gdyż Ravel znany był z twierdzenia, że oba instrumenty są ze sobą zupełnie niezgodne i dobrał je na zasadzie kontrastu.

„Najbardziej urzekającą częścią jazzu jest jego bogaty i porywający rytm”

Maurice Ravel

Wróćmy do fabuły i bohaterów francuskiego romansu, którego rytm porywa zgodnie z powyższym opisem, a wzloty i upadki emocjonalne odwzorowywane są w sekcjach sonaty odgrywanych na ekranie, z niezwykle intensywną częścią środkową ‚Blues Moderato’. Stephane jest mistrzem w zakładzie lutniczym prowadzonym przez jego wieloletniego przyjaciela Maxime’a (Andre Dussollier). Żyją w symbiozie. Jeden pozwala drugiemu zajmować się w spokoju pracą i akceptuje milczenie, a drugi folguje pierwszemu, pozwalając wygrywać na korcie do squasha i zabawiać gości w towarzystwie. Współpracują z korzyścią finansową dla obu. Camille pojawia się na horyzoncie, jako świeża klientka, której skrzypce wymagają delikatnej naprawy przed zbliżającym się ważnym nagraniem. Właściciel zakładu przedstawia ją swojemu podwładnemu z odległości, obserwując kobietę przy stoliku restauracyjnym z wysokości baru. Wzrok Stephane skierowany w jej stronę, chociaż zdawkowy, bezinteresowny i podyktowany instrukcjami kolegi, pozostaje bez odpowiedzi i kiedy traci nadzieję na odwzajemnienie, wtedy w ostatnim ułamku sekundy przed trzaśnięciem wyjściowymi drzwiami następuje długo oczekiwana riposta. Przelotny błysk w oku młodej artystki wynagradza cierpliwość i zwiastuje może jeszcze nie uczucie, ale na pewno zainteresowanie. Całe zajście ma swoje odzwierciedlenie podczas ostatniej wymiany spojrzeń tej pary w końcowej scenie filmu.

„Czuję w sobie tę nienasyconą chciwość pochłaniającą wszystko, co spotyka na drodze: patrzę na cierpienia i radości innych jedynie w odniesieniu do siebie, jak na pokarm podtrzymujący moje siły duchowe. Sam nie jestem w stanie szaleć pod wpływem namiętnych uczuć; (…) Największą przyjemnością dla mnie jest podporządkowanie mojej woli wszystkiego, co mnie otacza; wzbudzać w kimś uczucie miłości, oddania, lęku”

Lermontow

Tajemniczość lutnika, udawany brak zainteresowania, powściągliwość i subtelne zarzucanie przynęty bierze górę nad emocjami skrzypaczki. On naturalnie, uwielbiając swoje codzienne zajęcie naprawiania instrumentów, postanawia potraktować ją analogicznie do pozytywki, którą odnawiał dla jednego z klientów. Rozkłada ją na części, spotkanie po spotkaniu, słowo po słowie, niedopowiedzenie po niedopowiedzeniu, aż do chwili, gdy sama gubi się w tym, do czego między nimi doszło, a co sama sobie wyobraziła. Camille ma z nim więcej wspólnego niż na pierwszy rzut oka może się wydawać. Ona także nie potrafi być stała w uczuciach i szybko nudzi się bezpiecznym związkiem z Maxem, kiedy zakazany i tajemniczy owoc jest na wyciągnięcie ręki. Tym razem to ona zdaje się pełnić rolę bezpiecznej przystani lub latarni oświetlającej drogę do portu zgubionemu żeglarzowi. Ten konkretny żeglarz wcale jednak nie tęskni za stałym lądem i chociaż chętnie wyjdzie na spacer brzegiem morza, nie zamierza cumować swojej łajby na stałe. Tą nieuchwytność świetnie oddaje to krótka scena zabaw dziecięcych, która bardzo łatwo może ujść uwadze widza. Kiedy młodzież bawi się w chowanego, obok rozmawiających dorosłych mężczyzn przebiega chłopiec, który następnie ukrywa się pod stołem. Gdy do pokoju wpada dziewczynka, wszyscy zgodnie twierdzą, że chłopca w pomieszczeniu nie znajdzie.

„Jestem jak żeglarz zrodzony i wyrosły na pokładzie korsarskiego brygu: jego dusza zżyła się z burzami i bitwami; żeglarz wyrzucony na brzeg tęskni i nudzi się, żeby nawet najsilniej wabił go cienisty gaj, żeby najjaśniej świeciło mu pogodnie słońce”

Lermontow

Niespokojną falą i zapachem bryzy dla postaci lutnika w filmie jest muzyka, którą umiejscawia w sferze marzeń, jedynym pociągającym go kierunku. Do niej zalicza również miłość spisaną na kartach powieści, której romantyzm trafia w jego serce w przeciwieństwie do rzeczywistego uczucia, które najwidoczniej nie potrafi się zrodzić pomiędzy nim a drugą osobą. Bardziej porusza go sama idea niż wprowadzenie jej w życie. Obraz Sauteta nie daje odpowiedzi na pytanie o powód tego stanu i pozostawia miejsce do interpretacji intencji oraz przyczyn zachowania głównego bohatera. On sam wyznaje, siłą wciągnięty do dyskusji, że milczenie nie zawsze jest oznaką braku inteligencji i własnego zdania, a może być wyrazem strachu przed niezrozumieniem i odtrąceniem.

W trakcie kolacji, kiedy odbywa się ta rozmowa poruszony zostaje również temat odbioru sztuki przez masy. Camille broni je, ważąc na szali inspirację, którą wzbudza dzieło, chociaż w jednej osobie z tłumu przeciw całej reszcie błąkających się bez celu wśród obrazów i rzeźb, jak turyści po Luwrze. Krótki epizod z jej życia, kiedy nagrywa wspomnianą na początku sonatę Ravela zdaje się być nagrodą i odpłaceniem za tę postawę. Zakochała się w kimś z tłumu, w kimś, kto zazwyczaj jest jedynie tłem. To jednak on zainspirował ją do grania najlepiej jak potrafi. Grała dla niego i zostało to uwiecznione na zawsze. Zostało zapisane w sferze muzyki. W sferze marzeń.

Czasy się zmieniają, ale typ bohatera prezentowany przez Pieczorina i Stephane wydaje się powtarzać u ludzi i wyłaniać na powierzchnię wśród zupełnie inaczej skonstruowanych społeczeństw, nie zwracając uwagi na panujące reguły. Pojedynki i broń zastąpiły bardziej pokojowe rozwiązania, a postać kobieca jest równie ważna, jeśli nie ważniejsza od rywalizujących o nią samców, choćby robili to dla zabawy. ‚Un Coeur En Hiver’ jest tego przykładem. Będąc filmem kompletnym, gdzie każdy wątek i detal poza ekranowy wydają się powiązane, jednocześnie zostawia widza z nutą niedosytu, która wynika najprawdopodobniej z przyzwyczajenia do innych rozwiązań historii miłosnych w kinie, a które często nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością.

Ocena: 9/10

The Souvenir

‚The Souvenir’ to absolutnie jeden z lepszych filmów tego roku, a fakt, że podzielił widownię powinien świadczyć o jego wyjątkowości, co postaram się oddać chociaż fragmentarycznie.

Joanna Hogg w częściowo autobiograficznej opowieści przedstawia młodą, zaledwie 21-letnią bohaterkę, o której wiemy tyle, że jej marzeniem jest nakręcić film osadzony w środowisku kompletnie jej obcym i w tym celu ma zamiar uczęszczać do szkoły filmowej. Na wstępie Julie, grana przez Honor Swinton-Byrne (córkę znanej dobrze wszystkim Tildy), jest malowana w bardzo delikatnych barwach, pełnych naiwności, podkreślając jej życie w mydlanej bańce bogactwa wyższej klasy społecznej Wielkiej Brytanii lat 80-tych. Często spotyka się ze znajomymi, których sposób prowadzania się jest bardziej przyziemny i jasno stwierdzają, że nie stać ich na luksusy i niedbałość w prowadzeniu budżetu domowego, do czego ona z kolei uwagi nie przykuwa. Julie to stereotypowy kwiatuszek. Stąd jej pomysł o kręceniu szarego, surowego, realistycznego filmu o robotnikach ze stoczni w północnym Sunderlandzie wydaje się delikatnie abstrakcyjny i pretensjonalny. Mimo szczerego serca i dobrych intencji, samej bohaterce ciężko wyrzucić z siebie coś więcej na temat planowanego dzieła niż powtarzane w koło sformułowanie ‚to interesujące’.

Co z kolei zainteresowało mnie to ta naiwność i punkt widzenia mocno uprzywilejowanej osoby rozpoczynającej dorosłą przygodę w poszukiwaniu artystycznego głosu i miłości, goniąc w obu przypadkach za widmem tego, co wydaje jej się być ideałem. Matka, grana przez wspomnianą wyżej Tildę Swinton, jest na każde zawołanie córki. Przede wszystkim finansowo i jedynie dla zachowania pozorów oczekuje pretekstu w formie pożyczki na ekwipunek filmowy, kiedy tak naprawdę utrwala fałszywe przekonanie córki o funkcjonowaniu świata. Obiekt westchnień Julie, Anthony grany przez Toma Burke’a to starszy, bogaty i wykształcony mężczyzna, który swoją elokwencją i zdolnością interpretacji sztuki na poziomie akademickim potrafi zaskarbić przychylność młodej dziewczyny. Pracuje w ministerstwie spraw zagranicznych, co daje mu dogodną wymówkę w postaci tajemnicy państwowej, kiedy tylko nie czuje potrzeby zdradzania partnerce elementów swojej dziennej rutyny. Do czego to dąży i jak wiąże się jego osobisty dramat z atakami terrorystycznymi, które nawiedzają kraj, nie będę zdradzał, ale jest w tym zachowana pewna relacja.

Fakt, że Julie nie jest w stanie pogodzić szkoły i sztuki z pielęgnowaniem związku, który szybko nabiera znamię toksyczności, przy jednoczesnym nacisku środowiska filmowego na twórczość związaną i inspirowaną bezpośrednio z jej własnymi doświadczeniami, mówi sporo o kondycji kobiet w branży kina trzy dekady temu. Można się domyślić, że ta próba wywarcia wpływu osób z zewnątrz na kierunek artystyczny nie znalazła się w filmie Hogg przypadkiem. Nie tylko ma związek z jej osobistą podróżą, ale nadal jest to problem aktualny. Nawet jeśli coraz mniej w tej gałęzi przemysłu, ze względu na wydarzenia i ruchy społeczne Hollywood ostatnich lat, to na pewno w innych.

Mam wrażenie, że negatywne opinie wynikają w dużej mierze z oceny samych bohaterów, a nie filmu per sé i doskonale rozumiem trudności w połączeniu się emocjonalnie z człowiekiem, jak postać grana przez Honor. Wiąże się to również z wizualnym sposobem przedstawienia historii. Znaczna część akcji dzieje się w mieszkaniu, a więc bardzo zamkniętej przestrzeni. Jako fana zarówno teatru dramatycznego i opery, zauroczyły mnie jego szerokie ujęcia, gdzie ściana przedziela pomieszczenia, a bohaterzy krzątają się po nich niczym na scenie. Anthony ubrany w długi do podłogi płaszcz przypominający dowódcę wojsk z okresów napoleońskich i z równie absurdalną gestykulacją, Julie ze swoją słodyczą wymalowaną na policzkach, a w tle rozbrzmiewające orkiestralne dźwięki przywodzące na myśl ponadczasowe dzieła Pucciniego. W tą estetykę fete galante, wytwornych posiłków w Harrodsie, eleganckich strojów i wyidealizowanych ruchów idealnie wpisuje się sam tytył, odwołujący do rokokowego obrazu Jean-Honore Fragonarda, który fizycznie pojawią się na ekranie kilkukrotnie. Ja tutaj widzę pełną i przemyślaną konstrukcję. Krytyka charakteru lub jego odbiór przez widza to inna sprawa. Zdecydowanie bardziej osobista.

Cały fragment w Wenecji jest genialny i udaje się w nim Hogg w bardzo obrazowy sposób przekazać zmianę nastroju w relacji dwóch osób. Zaczyna się naiwnie, od listy potrzebnych rzeczy na wyjazd, zawierającej ledwie trzy pozycje. Miasto wita mglistą mariną Canale Grande z lotu ptaka. Następnie pojawiamy się w klaustrofobicznym pokoju hotelowym, którego bogactwo wnętrza sprawia wrażenie bardziej korytarza w Pałacu Dożów nieopodal niż miejsca spoczynku kochanków na wakacjach. Okiennice są zamknięte, a ona skrywając sekret wyraźnie cierpi. Na koniec kroczy w pięknej sukni po schodkach jednego z weneckich mostów, nie ramię w ramię, ale daleko za mężczyzną. Zaledwie trzy sceny, bardzo mało dialogu, a emocje oddane w pełni i w tym doszukuję się jakości ‚The Souvenir’, który porwał mnie od początku do końca. Ogromne brawa należą się Honor, bo to wielkie odkrycie i rola, która powinna wystrzelić jej karierę. Mamusia się postarała.

Ocena: 8/10

Asako. Dzień i Noc

W polskich kinach, trochę po cichu, pojawiła się pozycja, która powinna zainteresować fanów japońskiego kina. ‚Asako. Dzień i Noc’ to uczestnik głównego konkursu Cannes z 2018 roku i najnowszy film reżysera Ryusuke Hamaguchiego. Jak na slow-cinema brakuje mu głębi typowej dla tego typu rozwiązań w kinie. Wbrew pozorom to bardzo lekki i przyjemny seans. Chociaż wypełniony jest po brzegi melancholią i ujęciami zamyślonej i zawieszonej w stanie pół-snu bohaterki to osią fabularną jest romans rodem z komedii romantycznej, w który zamieszani są przyjaciele zakochanych, a ich spotkania nierzadko dostarczają widzowi powodu do śmiechu.

Film rozpoczyna historia pierwszego spotkania i miłości od pierwszego wejrzenia, która nie ma prawa się zdarzyć w prawdziwym świecie, jak zauważa później przyjaciel pary. Asako poznaje Baku w galerii sztuki w Osace. Wpatrzoną w zdjęcie dziewczynę mija chłopiec nucący pod nosem melodię, który niczym zaklinacz węży wyciąga ją za sobą z budynku. Przez chwilę śledzi go w raczej niewygodny dla widza sposób (niezależnie od płci, creepy), ale w odpowiednim momencie skręca w przeciwnym kierunku. Właśnie wtedy dzieje się magia. Strzelają fajerwerki, obracają się ku sobie, on podchodzi i ją całuje. Komu przytrafiła się taka sytuacja niech podniesie rękę. Mamy więc szczęśliwą parę młodzieńców, którzy nawet ulegając wypadkowi drogowemu nie widzą świata wokół siebie i wpadają sobie w objęcia leżąc na środku jezdni. Romantycznie, ale unosi się atmosfera jednostronności i uległości. Asako wydaje się bardzo bierna. Sielanka trwa do momentu, kiedy dowiadujemy się z planszy, że Baku wyszedł po buty i nigdy nie wrócił.

Wracamy do Asako kilka lat później, kiedy pracuje w kawiarni w Tokio i przypadkiem wpada na mężczyznę, który wygląda identycznie jak Baku. Nie bez powodu, bo Ryohei gra ten sam aktor. Szok i odtrącenie, które są reakcją Asako tylko wzbudzają zainteresowanie wyglądającego jak sobowtór chłopaka. Z kolei ona jest przyciągana przez jego podobieństwo do pierwszej i najprawdopodobniej jedynej miłości dziewczyny. Można przypuszczać, że gdyby nie Baku, ta dwójka nigdy by się ze sobą nie poznała. Czy jest to błogosławieństwo czy klątwa, która odbije się czkawką na ich relacji? Okazuje się bowiem, że Baku z Ryohei łączy jedynie warstwa zewnętrzna, a charakter drugiego jest wręcz przeciwieństwem pierwszego. Bezinteresowny, miły, ufający, potrafiący obrócić nieszczęśliwą sytuację w sukces bliskich mu osób i podjąć trudne decyzje wymagające poświęceń. Żeby jednak doszło do trwałego połączenia tej dwójki nie wystarczą zwykłe fajerwerki i atrakcyjna melodyjka. Tym razem potrzebne jest trzęsienie ziemi i to nie byle jakie, które w Japonii zdarzają się często, ale trzęsienie ziemi w Tohoku z 2011 (tsunami niszczące elektrownię atomową w Fukushimie). Paraliż miasta i transportu publicznego doprowadza do spotkania w tłumie pary zakochanych. Scena jest nagrana niczym odbicie lustrzane spotkania z Baku z początku filmu, ale tym razem to Asako podchodzi do mężczyzny i po raz pierwszy wykazuje inicjatywę.

Wszystko, co dzieje się później to eksploracja życia codziennego, wspólnego mieszkania, zajmowania się kotem i miłości reprezentowanej przez budowanie zaufania i wzajemnego oparcia. W pewnym momencie następuje nieuniknione, czyli powrót Baku do życia kobiety i zderzenie relacji budowanej latami z płomiennym uczuciem czasów młodości. Każdy, kogo życie postawiło w podobnej sytuacji wie jak niewłaściwa reakcja potrafi w mgnieniu oka popsuć sprawy w związku i tutaj mamy świetny tego przykład.

To, co pozytywnie zaskakuje to jak film nie próbuje nawet przez chwilę oceniać wyborów bohaterów i nawet, kiedy widz chce cisnąć telefonem w ekran stara się sprowadzić nas na ziemię i podejść do sytuacji w sposób bardzo realistyczny i dorosły. Chyba o tym jest ten film, jeżeli mamy go traktować, jako coś więcej niż prosty romans. O dorastaniu do miłości. Miłości i życia, które może być jednocześnie brudne i piękne jak rzeka przepływająca przed domem w ostatniej scenie filmu.

Często to powtarzam, ale zawsze urzeka mnie w kinie azjatyckim, a przede wszystkim japońskim i koreańskim krajobraz i urbanistyka. Bez znaczenia czy to jest anime czy live-action. W tym filmie to wszystko jest, więc jeśli chcesz wybrać się do kina na obraz z pogranicza dramatu, romansu i komedii, a przy okazji popatrzeć na Osakę, Tokio, wąskie osiedlowe uliczki, przejścia dla pieszych między stacjami metra wijące się nad ulicami, zielone wały przy brzegach rzek i szybkie pociągi to spędzisz miło dwie godziny. Nie oczekiwałbym jednak niczego więcej. Żadnych zmieniających podejście do życia duchowych doświadczeń.

Ocena: 6/10

Gloria Bell

Jeśli nie macie jeszcze pomysłu na prezent w Dzień Matki, a przypominam dla zapominalskich, że to już jutro, nie szukajcie dalej. Zabierzcie swoje mamy do kina na seans ‚Gloria Bell’, który pojawił się w repertuarach kin w miniony piątek.

Tytułowa bohaterka to kobieta w średnim wieku, rozwódka i matka dwójki dorosłych już dzieci. Nadal piękna, nadal przepełniona energią i chęcią do tańca zarówno na parkiecie, jak i w życiu codziennym i miłosnym. W tej roli genialna Julienne Moore, która swoją grą aktorską bierze na barki ciężar filmu, a niesamowita uroda pomaga miejscami coś udowodnić, korzystając z kontrastów. Poznajemy ją na dyskotece. Spotykając znajomą twarz w tłumie od razu korzysta z sytuacji i szansy do flirtu z mężczyzną, a kiedy rano budzi się sama jest zawiedziona. Jednak pozbywa się tych ciemnych myśli równie szybko jak kota, który ciągle znajduje wejście do jej mieszkania i nawiedza dzień po dniu. Bardzo często jeździmy z Glorią autem, obserwując ją z fotelu pasażera. Gloria śpiewa piosenki o miłości, przemierzając słoneczne ulice amerykańskiej metropolii. To, że ciągle jest w drodze świetnie oddaje to, co dzieje się z nią w środku.

Każdy z nas chce się czuć potrzebny, a najbardziej matka dzieciom i kochanka kochankowi. Ten pierwszy przypadek jest pokazany bardzo szeroko, uczciwie i w sposób bardzo nowoczesny. Mogę się do niego odnieść jedynie z perspektywy dziecka, które jest w wieku dzieci głównej bohaterki. Dzieci mają własne życie. Syn, grany przez Michaela Cere (Scott Pilgrim vs The World) jest już żonaty, ma dziecko, ale opiekuje się nim praktycznie sam, kiedy „żona odnajduje siebie na pustyni”. Gloria pragnie być częścią nowej rodziny syna. Chce doradzić Peterowi w sprawie leczenia malucha, chce pomóc ułożyć go do snu, ale ten skutecznie ją odpycha. Córkę Glorii poznajemy w trakcie lekcji yogi, na którą poszła po raz pierwszy w życiu. Czujemy, że na zajęcia przyciągnęła ją chęć spędzenia czasu z Anne, która zaraz po wyjściu z sali ćwiczeń przedstawia chłopaka ze Szwecji i odjeżdża. Gloria na każdym kroku musi się godzić z tym, że ostatecznie zostaje sama. Naturalnie, jak podkreślają to słowa piosenki, której słucha na wieczorku muzycznym w knajpce. Matka kocha swoje dzieci. Marzy jej się spędzanie z nimi więcej czasu. To ona dzwoni do nich w trakcie pracy. Prawie nigdy na odwrót. Córka dzwoni do matki, kiedy faktycznie jest bardzo źle, potrzebuje pomocy i taki przypadek również w filmie widzimy, ale w rolę córki tym razem wciela się właśnie sama Gloria. Ta matczyna miłość musi się jednak objawiać w zaufaniu, w kibicowaniu poczynań dorosłych już osób. One tego potrzebują i ona to rozumie, mimo że wielokrotnie jest zawiedziona okruchami z ich życia, które otrzymuje po tylu latach spędzonych pod wspólnym dachem. Małymi nagrodami są sytuacje, kiedy przy okazji urodzin spotykają się przy stole z rozwiedzionym mężem i okazuje się, że matka wie o wszystkim, co dzieje się w życiu dzieci, a on niekoniecznie.

Przy tym samym stole, Gloria przedstawia rodzinie swojego kochanka, którego poznała na dyskotece. Gdzie indziej? Przecież kocha tańczyć. Tym razem wieczór skończył się seksem. Później randka, jedna, druga i coś ich połączyło. Jednak postać Arnolda, w którą wciela się John Turturro od początku wydaje się trochę dziwna i niepasująca do energicznej i kochającej życie kobiety. W ich wątku zgłębiamy ten drugi rodzaj uzależnienia od siebie. Arnold jest strasznie toksycznym mężczyzną, ale w sposób kompletnie pozbawiony agresji. Jest chodzącym kłębkiem lęków, niepokojów i kompleksów. Dowiadujemy się o nim więcej dopiero, kiedy wchodzi w interakcję ze znajomymi i rodziną Glorii. Ona sama tak naprawdę nie potrafi odpowiedzieć na pytanie kim jest mężczyzna, z którym się spotyka. Jest typowym przykładem zaborczego mężczyzny, który nie dzieli się z partnerką bardzo dużą częścią swojego życia, jaką jest jego rodzina w postaci eks i dwóch córek wiecznie dzwoniących do niego z prośbą o pomoc. Jednocześnie wymaga od Glorii totalnego poświęcenia czasu i uwagi. Zwyczajnie chciałby ją zamknąć w klatce i mieć tylko dla siebie. Wielokrotnie zachowuje się jak burak, ale jak to się objawia nie będę zdradzał i zostawię Wam przyjemność z obserwacji, bo ich romans to mimo wszystko główna oś fabuły.

W filmie znajduje się świetna scena, kiedy Gloria spotyka ulicznego artystę otoczonego tłumem gapiów. Zabawia ich tańcem marionetki na sznurkach. To mały szkielecik. Zebrani wokół młodzi ludzie w garniturach się śmieją, zadowoleni z samego aktu, a Gloria w bezruchu ze smutkiem i melancholią wymalowaną na twarzy dostrzega w zabawce samą siebie. Sytuacja ma swoje odzwierciedlenie w innych miejscach, jak kiedy odpowiada przyjaciółce, że „kiedy świat się będzie kończył, ja będę tańczyć” lub na dyskotece, kiedy nieobecna tańczy z dużo starszym mężczyzną i jedyne, co widzimy to akt, ale wewnątrz brak jakichkolwiek emocji. Motyw ten pojawia się również w finale, kiedy przyjaciółka zaciąga ją do tańca. Gloria najpierw odmawia, potem idzie z niechęcią i zaczyna wykonywać ruchy podobne do szkielecika, kierowanego przez lalkarza. W pewnym momencie zatrzymuje się i zdaje sobie sprawę, że niepowodzenia nie mają prawa odebrać jej radości z tańca i po raz kolejny daje się porwać muzyce.

Nowy film Sebastiana Lelio, chilijskiego reżysera, autora ‚Fantastycznej Kobiety’, która zgarnęła w zeszłym roku statuetkę Oskara za najlepszy film nieanglojęzyczny ma bardzo słodko-gorzki wydźwięk. Jest w nim jednak na tyle dużo ciepła i emocji rodzinnych, matczynych, a przy tym kreacja Julienne Moore dodaje wszystkiemu na ekranie mnóstwo życia i kolorytu, że warto wybrać się do kina. Jeżeli zabierzecie swoje mamy, jestem pewien, że będą zadowolone. Taniec przewija się notorycznie w trakcie seansu, a że nie jest to film niemy, dostajemy potężny soundtrack. Taneczne ruchy tułowiem, rękoma i stopami wszystkich pań w średnim wieku, które były ze mną na sali mogę porównać jedynie do dzieci, które podczas bajek Disneya wychodzą ze swoich alejek na schody i bawią się, tańczą i dopingują bohaterów na ekranie.

Ocena: 7/10