Parasite

Obudził się pewnego ranka z niespokojnych snów i stwierdził, że zmienił się w łóżku w potwornego robaka. Leżał na grzbiecie twardym jak pancerz, a kiedy uniósł nieco głowę, widział swój sklepiony, brązowy, podzielony sztywnymi łukami brzuch. (…) Był on kreaturą szefa, pozbawioną kośćca i rozsądku.

Tak Franz Kafka opisuje bohatera swojej krótkiej powieści ‚Przemiana’. Człowieka reprezentującego efekty systemu kapitalistycznego w starciu z uzależnieniem finansowym rodziny wpędzającej go w pracoholizm i ostatecznie wykańczając w roli żywiciela. Kiedy rodzina zostaje zmuszona do odnalezienia nowych źródeł przychodu i przyjmuje pod dach lokatorów, samemu chowając się w kąt, co raz mniej emocji łączy ich z dawnym panem domu, a teraz jedynie robakiem. Kto jest pasożytem w skali rodziny? Kto jest pasożytem w skali budynku? Kto jest pasożytem w skali całego systemu ekonomicznego?

Nad tymi pytaniami rozważa Bong Joon-ho w swoim najnowszym filmie ‚Parasite’, zwycięzcy Palme d’Or w Cannes. W materiałach marketingowych używa się tytułów jego anglojęzycznych projektów, które były raczej dołkiem artystycznym, ale są bardziej znane szerokiej widowni. Należałoby natomiast do tablicy przywołać jego największe dzieła ‚Zagadki zbrodni’ i ‚Matka’, bo Bong wraca do ojczystej Korei i wraca również do genialnego łączenia gatunków. Obraz jest z początku kreowany na komedię, ale bardzo szybko nie tylko akcja, ale przede wszystkim komentarz społeczny przeobraża go w kryminał i horror. Ten ostatni gatunek wrył się w trakcie seansu w moją duszę i serce najmocniej. Poza kołatającymi się gdzieś z tyłu głowy wspomnieniami z lektur Kafki czy Dostojewskiego (‚Notatki z podziemia’), miałem przed oczami tegoroczny ‚Us’ Jordana Peela, który odebrałem w sposób bardzo emocjonalny, a sobowtóry stanowiły dla mnie jasną analogię różnic nie tyle rasowych, co właśnie ekonomicznych, jak te dzielące świat Zachodu i imigrantów uciekających od ubóstwa. To ludzie, którzy nigdy nie mieli tego, co dla nas wydaje się normalne i przy bliższej analizie ich gniew nie powinien nikogo dziwić.

W ‚Parasite’ sobowtórów nie ma. Nie idealnych, nie wizualnie, ale nadal mamy dwie rodziny o innych statusach majątkowych. Nadal mamy grupę ludzi, która nie ma prawie nic i drugą, która ma wszystko. Jednych nie stać na rachunek za internet i mieszkają w piwnicy. Drudzy robią z bohomazów synka dzieła godne wystawiania w MoMA, zatrudniają armię nauczycieli i pomocy domowej. W tym momencie zaczyna się cała zabawa. Kiedy pojawia się szansa zatrudnienia, utalentowany językowo młody chłopak postanawia podjąć wyzwanie. Przy każdej nadarzającej się okazji, kolejni członkowie rodziny Kim idą jego śladem. Jak te okazje się pojawiają, przekonacie się w kinie, ale dzieje się to wszystko bardzo prędko i relatywnie gładko, przy akompaniamencie salw śmiechu widowni, a małżeństwo z dwójką dorosłych dzieci szybko lokuje się w modernistycznym miejskim pałacu państwa Park. Komedia kończy się dla mnie w tym momencie, co wcale nie oznacza, że dalej nie jest zabawnie.

Nie mniej jednak, bardzo denerwował mnie śmiech na sali w momentach, kiedy ludzie wyrządzali sobie krzywdę. Elegancko ubrane na premierę panie mające ubaw po pachy, kiedy biedni walczą z biedniejszymi o okruchy z pańskiego stołu były dodatkowym elementem wzbudzającym mój gniew, a jednocześnie przerażenie aktualnością i celnością przekazu Bonga. Bo ci konkretni bogaci wcale nie są demonizowani w tym filmie. Są mili, czasem naiwni, z czego nie zapomina się nigdy skorzystać, dają pracę i do pewnego stopnia pozwalają włączyć się w ich życie rodzinne, ale stawiają też wyraźną granicę spoufalania się. Bardziej interesujące od takiej bezpośredniej i banalnej krytyki jest postawienie w nowej, uprzywilejowanej roli ludzi, którzy wcześniej nie mieli nic oraz odpowiedź na pytanie czy prawdziwe są wypowiedziane przez Chung-sook słowa: „Gdybym była bogata też bym była miła”.

Na ‚Parasite’ trzeba spojrzeć szeroko, jako krytykę systemu ekonomicznego, który prowadzi do takich sytuacji i krzywdzi ostatecznie wszystkich. Zdjęcia autorstwa Hong Kyung-pyo, odpowiedzialnego za zeszłoroczny fantastyczny ‚Burning’, pomagają przemieszczać się płynnie po piętrach i pomieszczeniach domów i piwnic równie sprawnie jak Bong przemieszcza się pomiędzy piętrami klas społecznych. Finałowa scena to wyciskacz łez. Uzmysławia jak daleka droga jest z dna na szczyt tej kapitalistycznej drabiny. Drabiny, na którą każdy z nas wchodzi z zupełnie innej wysokości.

Ocena: 9/10

Reklamy

Bacurau

Szalony brazylijski western na psychotropach. Tak w skrócie można opisać najnowszy film reżysera Klebera Mendonça Filho. ‚Bacurau’ jest zręcznie namalowanym różnymi grubościami pędzla i technikami obrazem przedstawiającym niewielkie i dość specyficzne miasteczko, którego mieszkańcy zostają zmuszeni do obrony przed zagrożeniami nowoczesnego świata. Zaczyna brakować wody i prądu. W pewnym momencie wieś całkiem znika z mapy, nawiedzają ich podejrzani turyści, a nad głowami pojawia się latający spodek. Brzmi szalenie? Taki właśnie seans Was czeka.

Jeszcze zanim zejdziemy na ziemię i ubrudzimy się we wszechobecnym kurzu unoszącym się z piaszczystych ścieżek brazylijskiej wsi, film rozpoczyna scena żywcem wyjętą z każdej części Gwiezdnych Wojen. Pojawiają się napisy na ciemnym tle, którym okazuje się gwiaździsty kosmos, kamera zjeżdża w dół na planetę, a po chwili przelatuje przed oczami sonda. Cięcie i jesteśmy na pustynnej planecie, podążając drogą, gdzie asfalt dziurawy, jak system socjalny kraju, a trumny wypadają z ciężarówki odmawiając posłuszeństwa i buntując się wobec celu swojego stworzenia. Roztrzaskane na deski i drzazgi zwiastują krwawy koniec historii i unoszący się zapach śmierci. Śmierci, którą wita widza miasteczko Bacurau, gdzie odbywa się pogrzeb Carmelity, starszej i poważanej członkini społeczeństwa. Nie ma jednak za dużo miejsca na łzy. Wszyscy są pod wpływem narkotyków i celebrują odejście ukochanej w zaświaty.

Przedziwne są zwyczaje lokalnej ludności. Korzystają ze smartfonów, dzwoniąc do siebie z jednego końca wioski na drugi. DJ prowadzi imprezę za pomocą wielkich głośników swojego pstrokatego samochodu, który zamiast tylnych drzwi ma wielki wyświetlacz, na którym odtwarza się dla rozrywki kompilację najlepszych dziesięciu scen morderstw miejscowego buntownika. Ważnym punktem jest muzeum, co wydaje się dość oryginalnym konceptem w takim miejscu, ale jego historia wchodzi do gry w finale. Przypomniało mi ono wycieczkę na granicę bułgarsko-turecką, gdzie w maksymalnie kilkudziesięcio-osobowej wsi, Pani zaprosiła nas do swojej chatki, żeby pokazać muzeum Ibrahimovica (Tak. To nazwisko rodem z piłkarskich boisk nas zainteresowało), a wewnątrz czuć było pewnego rodzaju mistycyzm i aurę pielęgnacji tradycji, które są istotne dla lokalnej społeczności nie mniej niż katedra Notre-Dame dla Paryżan. Nadal jednak nie wiem, kim był ten człowiek. W Bacurau gotyckich katedr brak, ale jakiś kościółek przerobiony na magazyn stoi.

Szkoła natomiast nosi imię Johna Carpentera, puszczając oko do odbiorcy i dalej ustalając ton filmu, któremu gatunkowo wypadałoby nadać status hybrydy. Miesza inspirowany Leone i Kurosawą western, Carpenterowski klimat horroru science-fiction podsycany muzyką jego autorstwa, jak ta podczas sceny tańca capoeiry (niewykorzystany wcześniej utwór ‚Night’), przemoc rodem z produkcji Tarantino, a w to różnorodne opakowanie gęsto i warstwowo pakuje komentarz polityczno-społeczny.

Skoro przy polityce jesteśmy, świetnym pokazem zjednoczonego działania mieszkańców Bacurau, które okaże się bardzo pomocne w przyszłości, jest moment, kiedy odwiedza ich walczący o głosy w nadchodzących wyborach skorumpowany burmistrz. W komiczny sposób zwraca się do nich z megafonu, a w zasadzie do pustych ulic i ścian domów, bo wszystkim udało się natychmiast schować, kiedy tylko wóz polityka pojawił się na horyzoncie. Kandydat Tony Junior może udawać troskę i wysypywać przed niefunkcjonującą szkołą ciężarówkę pełną książek, ale to on blokuje dostęp do wody i to on ostatecznie wyjeżdża, zabierając na tylnie siedzenie swojego suva lokalną dziewczynę w oczywistym celu. Prawda jest taka, że chociaż zabawny, jest dużo większym zagrożeniem niż przygotowujący się do rzezi biali turyści, którzy przejmują rolę drapieżnika w drugiej części filmu. Robią to pod wodzą postaci granej przez Udo Kiera (‘Iron Sky’), co samo w sobie powinno mówić wiele.

Nie ma sensu tłumaczyć szczegółowo, co się dzieje dalej, bo to czysta zabawa i przyjemność godna letniego kinowego blockbustera, których tegoroczna jakość notorycznie zawodzi. Pojawia się ostra amunicja, jeszcze więcej psychotropów, seks na miejscu zbrodni, rywalizacja o skalpy i obrona miasta przypominająca ‚Siedmiu Samurajów’, z wykorzystaniem równie prymitywnych broni, co wieśniacy w filmie japońskiego mistrza. Strażnicy brazylijskiej tradycji i lokalnej społeczności udowadniają, że politycy nadal muszą się z nimi liczyć. Istnieją! Niezależnie od tego, co wskazuje mapa Google’a.

Ocena: 8/10

The Souvenir

‚The Souvenir’ to absolutnie jeden z lepszych filmów tego roku, a fakt, że podzielił widownię powinien świadczyć o jego wyjątkowości, co postaram się oddać chociaż fragmentarycznie.

Joanna Hogg w częściowo autobiograficznej opowieści przedstawia młodą, zaledwie 21-letnią bohaterkę, o której wiemy tyle, że jej marzeniem jest nakręcić film osadzony w środowisku kompletnie jej obcym i w tym celu ma zamiar uczęszczać do szkoły filmowej. Na wstępie Julie, grana przez Honor Swinton-Byrne (córkę znanej dobrze wszystkim Tildy), jest malowana w bardzo delikatnych barwach, pełnych naiwności, podkreślając jej życie w mydlanej bańce bogactwa wyższej klasy społecznej Wielkiej Brytanii lat 80-tych. Często spotyka się ze znajomymi, których sposób prowadzania się jest bardziej przyziemny i jasno stwierdzają, że nie stać ich na luksusy i niedbałość w prowadzeniu budżetu domowego, do czego ona z kolei uwagi nie przykuwa. Julie to stereotypowy kwiatuszek. Stąd jej pomysł o kręceniu szarego, surowego, realistycznego filmu o robotnikach ze stoczni w północnym Sunderlandzie wydaje się delikatnie abstrakcyjny i pretensjonalny. Mimo szczerego serca i dobrych intencji, samej bohaterce ciężko wyrzucić z siebie coś więcej na temat planowanego dzieła niż powtarzane w koło sformułowanie ‚to interesujące’.

Co z kolei zainteresowało mnie to ta naiwność i punkt widzenia mocno uprzywilejowanej osoby rozpoczynającej dorosłą przygodę w poszukiwaniu artystycznego głosu i miłości, goniąc w obu przypadkach za widmem tego, co wydaje jej się być ideałem. Matka, grana przez wspomnianą wyżej Tildę Swinton, jest na każde zawołanie córki. Przede wszystkim finansowo i jedynie dla zachowania pozorów oczekuje pretekstu w formie pożyczki na ekwipunek filmowy, kiedy tak naprawdę utrwala fałszywe przekonanie córki o funkcjonowaniu świata. Obiekt westchnień Julie, Anthony grany przez Toma Burke’a to starszy, bogaty i wykształcony mężczyzna, który swoją elokwencją i zdolnością interpretacji sztuki na poziomie akademickim potrafi zaskarbić przychylność młodej dziewczyny. Pracuje w ministerstwie spraw zagranicznych, co daje mu dogodną wymówkę w postaci tajemnicy państwowej, kiedy tylko nie czuje potrzeby zdradzania partnerce elementów swojej dziennej rutyny. Do czego to dąży i jak wiąże się jego osobisty dramat z atakami terrorystycznymi, które nawiedzają kraj, nie będę zdradzał, ale jest w tym zachowana pewna relacja.

Fakt, że Julie nie jest w stanie pogodzić szkoły i sztuki z pielęgnowaniem związku, który szybko nabiera znamię toksyczności, przy jednoczesnym nacisku środowiska filmowego na twórczość związaną i inspirowaną bezpośrednio z jej własnymi doświadczeniami, mówi sporo o kondycji kobiet w branży kina trzy dekady temu. Można się domyślić, że ta próba wywarcia wpływu osób z zewnątrz na kierunek artystyczny nie znalazła się w filmie Hogg przypadkiem. Nie tylko ma związek z jej osobistą podróżą, ale nadal jest to problem aktualny. Nawet jeśli coraz mniej w tej gałęzi przemysłu, ze względu na wydarzenia i ruchy społeczne Hollywood ostatnich lat, to na pewno w innych.

Mam wrażenie, że negatywne opinie wynikają w dużej mierze z oceny samych bohaterów, a nie filmu per sé i doskonale rozumiem trudności w połączeniu się emocjonalnie z człowiekiem, jak postać grana przez Honor. Wiąże się to również z wizualnym sposobem przedstawienia historii. Znaczna część akcji dzieje się w mieszkaniu, a więc bardzo zamkniętej przestrzeni. Jako fana zarówno teatru dramatycznego i opery, zauroczyły mnie jego szerokie ujęcia, gdzie ściana przedziela pomieszczenia, a bohaterzy krzątają się po nich niczym na scenie. Anthony ubrany w długi do podłogi płaszcz przypominający dowódcę wojsk z okresów napoleońskich i z równie absurdalną gestykulacją, Julie ze swoją słodyczą wymalowaną na policzkach, a w tle rozbrzmiewające orkiestralne dźwięki przywodzące na myśl ponadczasowe dzieła Pucciniego. W tą estetykę fete galante, wytwornych posiłków w Harrodsie, eleganckich strojów i wyidealizowanych ruchów idealnie wpisuje się sam tytył, odwołujący do rokokowego obrazu Jean-Honore Fragonarda, który fizycznie pojawią się na ekranie kilkukrotnie. Ja tutaj widzę pełną i przemyślaną konstrukcję. Krytyka charakteru lub jego odbiór przez widza to inna sprawa. Zdecydowanie bardziej osobista.

Cały fragment w Wenecji jest genialny i udaje się w nim Hogg w bardzo obrazowy sposób przekazać zmianę nastroju w relacji dwóch osób. Zaczyna się naiwnie, od listy potrzebnych rzeczy na wyjazd, zawierającej ledwie trzy pozycje. Miasto wita mglistą mariną Canale Grande z lotu ptaka. Następnie pojawiamy się w klaustrofobicznym pokoju hotelowym, którego bogactwo wnętrza sprawia wrażenie bardziej korytarza w Pałacu Dożów nieopodal niż miejsca spoczynku kochanków na wakacjach. Okiennice są zamknięte, a ona skrywając sekret wyraźnie cierpi. Na koniec kroczy w pięknej sukni po schodkach jednego z weneckich mostów, nie ramię w ramię, ale daleko za mężczyzną. Zaledwie trzy sceny, bardzo mało dialogu, a emocje oddane w pełni i w tym doszukuję się jakości ‚The Souvenir’, który porwał mnie od początku do końca. Ogromne brawa należą się Honor, bo to wielkie odkrycie i rola, która powinna wystrzelić jej karierę. Mamusia się postarała.

Ocena: 8/10