Zbrodnia Pana Lange

‚Le Crime de Monsieur Lange’, film z początkowej ery działalności wielkiego reżysera Jeana Renoira (syna znanego impresjonistycznego malarza) przedstawia historię morderstwa i sukcesu robotników w walce z dość groteskowym i seksistowskim kapitalistą. W oczy natychmiast rzuca się atmosfera, którą kreuje Francuz, łącząc humor z dramatem, a przy znajomości nastrojów społecznych tamtego okresu pozwala spojrzeć na film, jako polityczny manifest rodzącego się ruchu socjalistycznego i antyfaszystowskiego.

„Kto wyniósł śmieci?”

Pyta pijany weteran wojenny, a znając losy kraju po dacie premiery obrazu wypadałoby spytać czy w ogóle je wyniesiono.

Ludzie myślący o morderstwie jedynie w swych snach, potrafią być zaskoczeni, z jaką prostotą wiąże się ten proceder w rzeczywistości. To pierwsza rzecz, która przychodzi do głowy bohaterowi filmu (René Lefèvre) po popełnieniu przestępstwa, o którym widz dowiaduje się w początkowych scenach. W małej tawernie przy skraju granicy francusko-belgijskiej pojawia się para, a lokalni mieszkańcy doszukują się podobieństwa mężczyzny do poszukiwanego listem gończym i debatują nad zgłoszeniem sprawy policji. Jego towarzyszka podróży Valentina (Florelle) postanawia wyjawić im sekret, lecz prosi o wysłuchanie jej historii i dopiero pokuszenie się o wyrok na ukochanym.

Od pierwszych ujęć retrospekcji wypada zapiąć pasy, bo tempo jakie narzuca Renoir jest szybkie niczym pędzące ku granicy auto z uciekinierami na pokładzie, a uroku dodaje różnorodność montażowa w płynnych przejściach między sekwencjami. Amedee Lange pracuje w zakładzie wydawniczym Pana Batali (Jules Berry), a w wolnych chwilach pisze krótkie opowiadania o Arizona Jimie, bohaterze przypominającym później powstałego w głowie George’a Lucasa innego poszukiwacza przygód. Wiecznie rozmarzony wpatruje się w mapę Stanów Zjednoczonych i snuje domysły na temat walk klasowych w dzikich partiach kraju graniczących z Meksykiem, od którego oddziela go Ocean Atlantycki. Siedzi w swoim małym pokoiku, z którego rzadko wychodzi i nie ma bladego pojęcia o problemach życia codziennego najniższych warstw społecznych Paryża. Bujanie w obłokach skłania go do stawiania sobie celów miłosnych niemożliwych do zrealizowania i podążania wzrokiem za nogami, które już dawno zniknęły za schodami na innym piętrze budynku, w czym można upatrywać początkowej idealizacji burżuazyjnego stylu życia i niepoprawnego optymizmu robotników i robotnic.

Wspomniany pracodawca, Batala jest czarnym charakterem narysowanym w tak groteskowy sposób, że nie mam wątpliwości, co do odnalezienia się aktora w dzisiejszych czasach i wielkich hollywoodzkich produkcjach, gdy spisuje się w tej roli rewelacyjnie niemal wiek temu. Oszust, kłamca, posługujący się ciałem kobiet w interesach obrzydliwie nieugięty kapitalista i napastujący seksualnie szarlatan. Interesuje się artystycznymi dokonaniami Lange’a dopiero, gdy widzi w nich sposób na załagodzenie sporu z wierzycielem i umieszczenie w treści wzmianki o Arizona Jimie wspomagającym się nowymi tabletkami, które wchodzą na farmaceutyczny rynek. Historia lokowania produktu jest dłuższa niż niektórym się wydaje.

Właściciel zakładu zmuszony do ukrycia przez fatalną sytuację finansową doprowadza do upadku drukarni, a pracownicy postanawiają wspólnymi siłami odbudować miejsce, które jest ich jedynym źródłem przychodu i robią to na barkach świetnie sprzedających się opowiadań. Odrzucają muchy i poszetki, zawiązują kooperatywę i ciężką pracą doprowadzają do sukcesu, odrzucając w zapomnienie autorytarne rządy.

Praca kamery w filmie Renoira, dopieszczenie kadrów i decyzje scenograficznie są nie do pominięcia nawet dla laika. Zaczyna od ciasnych pracowniczych pomieszczeń, scen niepoprawnych zalotów za zamkniętymi drzwiami, schodów utrwalających status społeczny prezentowanych postaci, zasłoniętego szyldem okna okupowanego przez chorego pokoju, widoku odjeżdżającej dziewczyny zza krat. Wraz z upływem czasu i rozwojem sytuacji również kamera wprowadza więcej radości do obrazu, kończąc opowieść genialnym ujęciem morderstwa. Wchodzi z podwórza do pomieszczeń kamienicy i na zewnątrz płynnym ruchem, śledząc pogoń Amadee za Batalą i tracąc go na chwilę, by po pełnym obrocie wokół dziedzińca postawić ich naprzeciwko siebie z pistoletem wymierzonym w serce powracającego widma niedoli.

Fakt, że reżyser zdecydował się na taką narrację prowadzoną przez Valentinę, próbując przekonać widza wraz z mężczyznami wokół niej zebranymi do rozgrzeszenia głównego bohatera, jednocześnie samemu nie rozwiązując moralnego dylematu pozbawienia człowieka życia, świadczy o nastrojach panujących we Francji w połowie lat trzydziestych ubiegłego wieku. Kraj pogrążony w kryzysie gospodarczym, któremu z jednej strony grozi perspektywa przeniesienia na własne podwórko Wojny Domowej w Hiszpanii, a z drugiej rodząca się militarna potęga nazistowskich Niemiec musiał ulec naporom społecznym, co doprowadziło do utworzenia Frontu Popularnego, czyli zjednoczonej lewicy, od demokratów po komunistów, we wspólnej walce o prawa pracownicze i przeciwstawienie się ruchom faszystowskim. Nie powinno dziwić, że radykalne reformy socjalistyczne doprowadziły do gigantycznej inflacji po początkowej podwyżce płac i paraliżu produkcyjnego po przymusowym ustanowieniu maksymalnej ilości godzin pracy w tygodniu. Nie powinno, a jednak dalej ludzie się nabierają na te same brednie, a piękne egalitarystyczne i humanistyczne hasła nie potrafią iść w parze ze zdrowym rozsądkiem i wiedzą ekonomiczną, czego przykładem jest trwająca kampania wyborcza.

‚Le Crime de Monsieur Lange’ ze swoim szalonym tempem, nieuchronnie zbliżającą się tragedią, karykaturalnym łotrem, epatowaniem seksem i walką klasową łączy gatunki, jednocześnie podkreślając na każdym kroku talent i warsztat filmowy Francuza. Może być świetnym wstępem do retrospektywy mistrza kina Jeana Renoira.

Ocena: 8/10

Reklamy

Jednym cięciem

Kiedy wydaje Ci się, że w gatunku horroru zombie nie ma już miejsca na nic oryginalnego, świeżego i jakościowego, pojawia się na horyzoncie film, który temu przeczy. Magia kina. Tak było z koreańskim ‚Train to Busan’ i tak jest z japońskim ‚One Cut of the Dead’, zbierającym nagrody publiczności na kolejnych festiwalach i utrzymującym poziom 100% fresh na portalu Rotten Tomatoes (41 recenzji). Pierwsze reakcje po seansach nowego filmu Jima Jarmuscha sugerują, że taka odtrutka może być kinomanom potrzebna.

Tytuł nie jest przypadkowy i odnosi się do otwierającego, prawie 40-minutowego pojedynczego ujęcia, które przedstawia grupę filmowców na planie opuszczonej elektrowni wodnej, wykorzystywanej według miejscowych legend do tajnych eksperymentów na ludziach. Podczas kręcenia produkcji o zombie, ekipę atakują prawdziwe zombie i zaczyna się krwawa zabawa. Horror klasy B, pełny tryskającej czerwonej cieczy, uciętych kończyn, ‚tani i wystarczającej jakości’, cytując reżysera, który nie pozwala kamerze przestać pracować nawet w obliczu śmierci współpracowników. Już sam ten fragment daje widzowi mnóstwo rozrywki, ale to nie koniec, chociaż dłonie składają się do oklasków, kiedy po raz pierwszy pojawiają się na ekranie końcowe napisy.

Debiutujący reżyser Shin’ichiro Ueda bawi się dalej w ‚zombicepcję’, przenosząc się w czasie do wydarzeń stanowiących genezę powstania filmu tylko po to, żeby zapoznać nas z artystami i producentami, a następnie wrócić do wspomnianych wyżej wydarzeń i przedstawić je z zupełnie innej, zewnętrznej perspektywy. Dokładając kolejne warstwy, za każdym razem zaskakuje, bawi mocniej i staje się coraz bardziej meta-komentarzem. ‚One Cut of the Dead’ na oczach widza przeobraża się z celowo słabej jakości slashera w hołd dla kinematografii i wszystkich osób związanych z produkcją, zaczynając od reżysera, przez scenarzystów, aktorów, aż po operatorów kamer, dźwiękowców i każdego na planie, kto służy pomocną ręką. Nie traci przy tym na humorze, a wręcz zyskuje, bo wcześniejsza znajomość nakręconego jednym ujęciem filmu odpłaca się, kiedy obserwujemy całość od kuchni.

Filmy z tego gatunku często ukrywają konkretny przekaz pod płaszczykiem pełnej przemocy walki z potworami. Kiedy nie są wykorzystywane, jako tło dla historii przetrwania, zombie potrafią reprezentować nasze wewnętrzne lęki, nieokiełznane masy, bezmyślnych konsumentów, tragedię wojenną czy nawet prawdę, która wyjdzie na jaw, niezależnie od tego ile razy będzie próbowało się ją pogrzebać. Czasami jednak tej głębi wcale nie ma, a scenarzysta nigdy nie zamierzał tworzyć czegoś wznoszącego się ponad proste survivalowe kino akcji.

W japońskiej ekranizacji wręcz prześmiewczo zostaje przedstawiona postać aktora, który gra nieumarłego i doszukuje się znaczenia i antyrasistowskiego przesłania w swojej roli. Mimo samoświadomego podejścia twórców do gatunku, ciężko jest oprzeć się wrażeniu, że zombie reprezentują tutaj niemal dosłownie trudy pracy podczas tworzenia filmów. Tyle energii, ile wysysają z bohaterów działania na planie zabiłyby zwierzę o wiele potężniejsze niż człowiek i faktycznie trzeba być odpornym na śmierć, żeby wytrwać w takich warunkach i nie zwariować.

Ocena: 8/10

Chyba Na Pewno Ty

Reprezentacja w kinie, jak w każdej innej branży i dziedzinie życia jest ważna, ale istotne jest, żeby szła ona w parze z jakością. W przypadku ‚Chyba Na Pewno Ty’ dzieje się tak nie chyba, ale na pewno.

Nowy film Netflixa w reżyserii Nahnatchki Khan nadrabia sztampowość konstrukcji komedii romantycznej swoim humorem i niezwykłą chemią dwóch głównych bohaterów granych przez komików/aktorów Randalla Parka (Marcus) i genialną Ali Wong (Sasha). Prawdą jest, że historii o dziewczynie z sąsiedztwa, miłości z dzieciństwa, która osiąga sukces i wraca w rodzinne strony tylko po to, żeby wzbudzić stare uczucie mieliśmy mnóstwo. Nigdy jednak w takiej obsadzie i w takim środowisku, a przy tym skierowanym do masowego widza, bo w błędzie jest ten, kto chce porównać ten film do ‚Bajecznie Bogatych Azjatów’. W przeciwieństwie do zeszłorocznego hitu, ‚Chyba Na Pewno Ty’ to zdecydowanie skromniejsza opowieść. Owszem, kobieca postać obraca się w wyższych sferach, jest bardzo majętna i występuje wątek zderzenia dwóch światów, ale nigdy nie oddalamy się za bardzo od rdzenia, którym jest miłość łącząca tą wspaniale wykreowaną parę. Nie wydaje mi się, żeby było to możliwe do zrealizowania gdyby nie różnorodność narodowościowa z jednej strony, a z drugiej spora ilość postaci pochodzenia azjatyckiego, co pozwala Sashy i Marcusowi na wtopienie się w ten świat, jako jego naturalne elementy. Przestają być „tymi koreańskimi bohaterami”, a stają się po prostu bohaterami.

W tych kilku scenach, kiedy postać Parka poznaje z bliska życie i zwyczaje swojej pierwszej miłości pojawia się Keanu Reeves, który gra samego siebie, a może powinno się powiedzieć, że gra zbiór wyobrażeń fanów na jego temat. Poeta, intelektualista, romantyk, kaskader, bohater kina akcji z wiecznym błyskiem w oku. Jest wszystko, cały pakiet. Każda scena, w której występuje to jest czyste złoto. Jeśli ktoś nie jest fanem komedii romantycznych to tylko dla tych fragmentów warto obejrzeć.

Podszedłem do seansu bez wielkich oczekiwań i świetnie się bawiłem, a nawet w scenie finałowej uroniłem łzę. Mam wręcz ochotę obejrzeć film jeszcze raz, choćby dziś. Polecam. Idealna pozycja na wieczór we dwójkę przed telewizorem.

Ocena: 6/10

Gloria Bell

Jeśli nie macie jeszcze pomysłu na prezent w Dzień Matki, a przypominam dla zapominalskich, że to już jutro, nie szukajcie dalej. Zabierzcie swoje mamy do kina na seans ‚Gloria Bell’, który pojawił się w repertuarach kin w miniony piątek.

Tytułowa bohaterka to kobieta w średnim wieku, rozwódka i matka dwójki dorosłych już dzieci. Nadal piękna, nadal przepełniona energią i chęcią do tańca zarówno na parkiecie, jak i w życiu codziennym i miłosnym. W tej roli genialna Julienne Moore, która swoją grą aktorską bierze na barki ciężar filmu, a niesamowita uroda pomaga miejscami coś udowodnić, korzystając z kontrastów. Poznajemy ją na dyskotece. Spotykając znajomą twarz w tłumie od razu korzysta z sytuacji i szansy do flirtu z mężczyzną, a kiedy rano budzi się sama jest zawiedziona. Jednak pozbywa się tych ciemnych myśli równie szybko jak kota, który ciągle znajduje wejście do jej mieszkania i nawiedza dzień po dniu. Bardzo często jeździmy z Glorią autem, obserwując ją z fotelu pasażera. Gloria śpiewa piosenki o miłości, przemierzając słoneczne ulice amerykańskiej metropolii. To, że ciągle jest w drodze świetnie oddaje to, co dzieje się z nią w środku.

Każdy z nas chce się czuć potrzebny, a najbardziej matka dzieciom i kochanka kochankowi. Ten pierwszy przypadek jest pokazany bardzo szeroko, uczciwie i w sposób bardzo nowoczesny. Mogę się do niego odnieść jedynie z perspektywy dziecka, które jest w wieku dzieci głównej bohaterki. Dzieci mają własne życie. Syn, grany przez Michaela Cere (Scott Pilgrim vs The World) jest już żonaty, ma dziecko, ale opiekuje się nim praktycznie sam, kiedy „żona odnajduje siebie na pustyni”. Gloria pragnie być częścią nowej rodziny syna. Chce doradzić Peterowi w sprawie leczenia malucha, chce pomóc ułożyć go do snu, ale ten skutecznie ją odpycha. Córkę Glorii poznajemy w trakcie lekcji yogi, na którą poszła po raz pierwszy w życiu. Czujemy, że na zajęcia przyciągnęła ją chęć spędzenia czasu z Anne, która zaraz po wyjściu z sali ćwiczeń przedstawia chłopaka ze Szwecji i odjeżdża. Gloria na każdym kroku musi się godzić z tym, że ostatecznie zostaje sama. Naturalnie, jak podkreślają to słowa piosenki, której słucha na wieczorku muzycznym w knajpce. Matka kocha swoje dzieci. Marzy jej się spędzanie z nimi więcej czasu. To ona dzwoni do nich w trakcie pracy. Prawie nigdy na odwrót. Córka dzwoni do matki, kiedy faktycznie jest bardzo źle, potrzebuje pomocy i taki przypadek również w filmie widzimy, ale w rolę córki tym razem wciela się właśnie sama Gloria. Ta matczyna miłość musi się jednak objawiać w zaufaniu, w kibicowaniu poczynań dorosłych już osób. One tego potrzebują i ona to rozumie, mimo że wielokrotnie jest zawiedziona okruchami z ich życia, które otrzymuje po tylu latach spędzonych pod wspólnym dachem. Małymi nagrodami są sytuacje, kiedy przy okazji urodzin spotykają się przy stole z rozwiedzionym mężem i okazuje się, że matka wie o wszystkim, co dzieje się w życiu dzieci, a on niekoniecznie.

Przy tym samym stole, Gloria przedstawia rodzinie swojego kochanka, którego poznała na dyskotece. Gdzie indziej? Przecież kocha tańczyć. Tym razem wieczór skończył się seksem. Później randka, jedna, druga i coś ich połączyło. Jednak postać Arnolda, w którą wciela się John Turturro od początku wydaje się trochę dziwna i niepasująca do energicznej i kochającej życie kobiety. W ich wątku zgłębiamy ten drugi rodzaj uzależnienia od siebie. Arnold jest strasznie toksycznym mężczyzną, ale w sposób kompletnie pozbawiony agresji. Jest chodzącym kłębkiem lęków, niepokojów i kompleksów. Dowiadujemy się o nim więcej dopiero, kiedy wchodzi w interakcję ze znajomymi i rodziną Glorii. Ona sama tak naprawdę nie potrafi odpowiedzieć na pytanie kim jest mężczyzna, z którym się spotyka. Jest typowym przykładem zaborczego mężczyzny, który nie dzieli się z partnerką bardzo dużą częścią swojego życia, jaką jest jego rodzina w postaci eks i dwóch córek wiecznie dzwoniących do niego z prośbą o pomoc. Jednocześnie wymaga od Glorii totalnego poświęcenia czasu i uwagi. Zwyczajnie chciałby ją zamknąć w klatce i mieć tylko dla siebie. Wielokrotnie zachowuje się jak burak, ale jak to się objawia nie będę zdradzał i zostawię Wam przyjemność z obserwacji, bo ich romans to mimo wszystko główna oś fabuły.

W filmie znajduje się świetna scena, kiedy Gloria spotyka ulicznego artystę otoczonego tłumem gapiów. Zabawia ich tańcem marionetki na sznurkach. To mały szkielecik. Zebrani wokół młodzi ludzie w garniturach się śmieją, zadowoleni z samego aktu, a Gloria w bezruchu ze smutkiem i melancholią wymalowaną na twarzy dostrzega w zabawce samą siebie. Sytuacja ma swoje odzwierciedlenie w innych miejscach, jak kiedy odpowiada przyjaciółce, że „kiedy świat się będzie kończył, ja będę tańczyć” lub na dyskotece, kiedy nieobecna tańczy z dużo starszym mężczyzną i jedyne, co widzimy to akt, ale wewnątrz brak jakichkolwiek emocji. Motyw ten pojawia się również w finale, kiedy przyjaciółka zaciąga ją do tańca. Gloria najpierw odmawia, potem idzie z niechęcią i zaczyna wykonywać ruchy podobne do szkielecika, kierowanego przez lalkarza. W pewnym momencie zatrzymuje się i zdaje sobie sprawę, że niepowodzenia nie mają prawa odebrać jej radości z tańca i po raz kolejny daje się porwać muzyce.

Nowy film Sebastiana Lelio, chilijskiego reżysera, autora ‚Fantastycznej Kobiety’, która zgarnęła w zeszłym roku statuetkę Oskara za najlepszy film nieanglojęzyczny ma bardzo słodko-gorzki wydźwięk. Jest w nim jednak na tyle dużo ciepła i emocji rodzinnych, matczynych, a przy tym kreacja Julienne Moore dodaje wszystkiemu na ekranie mnóstwo życia i kolorytu, że warto wybrać się do kina. Jeżeli zabierzecie swoje mamy, jestem pewien, że będą zadowolone. Taniec przewija się notorycznie w trakcie seansu, a że nie jest to film niemy, dostajemy potężny soundtrack. Taneczne ruchy tułowiem, rękoma i stopami wszystkich pań w średnim wieku, które były ze mną na sali mogę porównać jedynie do dzieci, które podczas bajek Disneya wychodzą ze swoich alejek na schody i bawią się, tańczą i dopingują bohaterów na ekranie.

Ocena: 7/10