Bacurau

Szalony brazylijski western na psychotropach. Tak w skrócie można opisać najnowszy film reżysera Klebera Mendonça Filho. ‚Bacurau’ jest zręcznie namalowanym różnymi grubościami pędzla i technikami obrazem przedstawiającym niewielkie i dość specyficzne miasteczko, którego mieszkańcy zostają zmuszeni do obrony przed zagrożeniami nowoczesnego świata. Zaczyna brakować wody i prądu. W pewnym momencie wieś całkiem znika z mapy, nawiedzają ich podejrzani turyści, a nad głowami pojawia się latający spodek. Brzmi szalenie? Taki właśnie seans Was czeka.

Jeszcze zanim zejdziemy na ziemię i ubrudzimy się we wszechobecnym kurzu unoszącym się z piaszczystych ścieżek brazylijskiej wsi, film rozpoczyna scena żywcem wyjętą z każdej części Gwiezdnych Wojen. Pojawiają się napisy na ciemnym tle, którym okazuje się gwiaździsty kosmos, kamera zjeżdża w dół na planetę, a po chwili przelatuje przed oczami sonda. Cięcie i jesteśmy na pustynnej planecie, podążając drogą, gdzie asfalt dziurawy, jak system socjalny kraju, a trumny wypadają z ciężarówki odmawiając posłuszeństwa i buntując się wobec celu swojego stworzenia. Roztrzaskane na deski i drzazgi zwiastują krwawy koniec historii i unoszący się zapach śmierci. Śmierci, którą wita widza miasteczko Bacurau, gdzie odbywa się pogrzeb Carmelity, starszej i poważanej członkini społeczeństwa. Nie ma jednak za dużo miejsca na łzy. Wszyscy są pod wpływem narkotyków i celebrują odejście ukochanej w zaświaty.

Przedziwne są zwyczaje lokalnej ludności. Korzystają ze smartfonów, dzwoniąc do siebie z jednego końca wioski na drugi. DJ prowadzi imprezę za pomocą wielkich głośników swojego pstrokatego samochodu, który zamiast tylnych drzwi ma wielki wyświetlacz, na którym odtwarza się dla rozrywki kompilację najlepszych dziesięciu scen morderstw miejscowego buntownika. Ważnym punktem jest muzeum, co wydaje się dość oryginalnym konceptem w takim miejscu, ale jego historia wchodzi do gry w finale. Przypomniało mi ono wycieczkę na granicę bułgarsko-turecką, gdzie w maksymalnie kilkudziesięcio-osobowej wsi, Pani zaprosiła nas do swojej chatki, żeby pokazać muzeum Ibrahimovica (Tak. To nazwisko rodem z piłkarskich boisk nas zainteresowało), a wewnątrz czuć było pewnego rodzaju mistycyzm i aurę pielęgnacji tradycji, które są istotne dla lokalnej społeczności nie mniej niż katedra Notre-Dame dla Paryżan. Nadal jednak nie wiem, kim był ten człowiek. W Bacurau gotyckich katedr brak, ale jakiś kościółek przerobiony na magazyn stoi.

Szkoła natomiast nosi imię Johna Carpentera, puszczając oko do odbiorcy i dalej ustalając ton filmu, któremu gatunkowo wypadałoby nadać status hybrydy. Miesza inspirowany Leone i Kurosawą western, Carpenterowski klimat horroru science-fiction podsycany muzyką jego autorstwa, jak ta podczas sceny tańca capoeiry (niewykorzystany wcześniej utwór ‚Night’), przemoc rodem z produkcji Tarantino, a w to różnorodne opakowanie gęsto i warstwowo pakuje komentarz polityczno-społeczny.

Skoro przy polityce jesteśmy, świetnym pokazem zjednoczonego działania mieszkańców Bacurau, które okaże się bardzo pomocne w przyszłości, jest moment, kiedy odwiedza ich walczący o głosy w nadchodzących wyborach skorumpowany burmistrz. W komiczny sposób zwraca się do nich z megafonu, a w zasadzie do pustych ulic i ścian domów, bo wszystkim udało się natychmiast schować, kiedy tylko wóz polityka pojawił się na horyzoncie. Kandydat Tony Junior może udawać troskę i wysypywać przed niefunkcjonującą szkołą ciężarówkę pełną książek, ale to on blokuje dostęp do wody i to on ostatecznie wyjeżdża, zabierając na tylnie siedzenie swojego suva lokalną dziewczynę w oczywistym celu. Prawda jest taka, że chociaż zabawny, jest dużo większym zagrożeniem niż przygotowujący się do rzezi biali turyści, którzy przejmują rolę drapieżnika w drugiej części filmu. Robią to pod wodzą postaci granej przez Udo Kiera (‘Iron Sky’), co samo w sobie powinno mówić wiele.

Nie ma sensu tłumaczyć szczegółowo, co się dzieje dalej, bo to czysta zabawa i przyjemność godna letniego kinowego blockbustera, których tegoroczna jakość notorycznie zawodzi. Pojawia się ostra amunicja, jeszcze więcej psychotropów, seks na miejscu zbrodni, rywalizacja o skalpy i obrona miasta przypominająca ‚Siedmiu Samurajów’, z wykorzystaniem równie prymitywnych broni, co wieśniacy w filmie japońskiego mistrza. Strażnicy brazylijskiej tradycji i lokalnej społeczności udowadniają, że politycy nadal muszą się z nimi liczyć. Istnieją! Niezależnie od tego, co wskazuje mapa Google’a.

Ocena: 8/10

Reklamy

Niewidoczne życie sióstr Gusmao

‚The Invisible Life of Euridice Gusmao’, najnowszy film Karima Ainouz i zwycięzca tegorocznej nagrody w konkursie Un Certain Regard w Cannes jest zmysłowo namalowaną, opowiedzianą i zagraną historią życia dwóch sióstr, które w wieku dorastania rozdziela mizoginizm i patriarchalna kultura panująca w domu rodzinnym i Brazylii lat 50-tych. Szczególnie dzisiaj, cała ta otoczka i przyczyny niedoli dają powód nie tylko do współczucia głównym bohaterkom, ale wręcz do złości na hierarchię płciową związaną bardzo często z głęboko zakorzenionymi religijnymi uprzedzeniami. W filmie pada nawet uderzające zdanie odnośnie noworodka, że ‘ma szczęście’, rodząc się mężczyzną.

Już pierwsza scena idealnie wprowadza widza w klimat, kiedy to właśnie w cieniu wielkiej postaci Jezusa z Rio de Janeiro, gdzieś na obrzeżach miasta poznajemy Euridice i Guidę. Młode i olśniewające urodą dziewczyny wpatrują się romantycznie w ocean, snując plany na przyszłość, które przerywa droga powrotna do domu. Droga przez dżunglę tropikalną, gdzie nie tylko rośliny, ale i atmosfera zagęszczają się do poziomu, w którym trzeba by użyć ostrego narzędzia, żeby przedrzeć się dalej. Jedna z sióstr oddala się od drugiej, gubią kontakt wzrokowy i zostaje im jedynie bezsensowne nawoływanie w tej zielonej głębi, gdzie dźwięk jest zagłuszany przez otoczenie. Poziom napięcia godny najlepszych horrorów. To zapowiedź tego, co niedługo wydarzy się w ich życiu.

Chwilę później, w kolejnej genialnej scenie zarysowane zostają relacje panujące w rodzinie. Matka prosi dziewczyny o pomoc w nakryciu do stołu i kiedy Guida rusza w podskokach, licząc na przychylność w przyszłości, Euridice nie może oderwać dłoni od fortepianu. Kamera skupia się na artystce, której gra hipnotyzuje i upewnia widza, że jej marzenia o wyjeździe do konserwatorium w Wiedniu mają solidne podstawy. Dookoła niej zbiera się cała rodzina i nadstawia uszu, chociaż ich sylwetki pozostają bez ostrości.

Muzyka jest bardzo istotnym elementem filmu. Po pierwsze, daje namacalny dowód na tłamszenie kobiecych marzeń i kompletny brak zrozumienia przez mężczyzn kobiecej chęci sukcesu i artystycznej duszy. Nie, nie w tym domu i nie w tym kraju. Chcesz brzdękać na instrumencie i umilać nam czas? Proszę bardzo. Najlepiej zrób to nago i wypnij tyłek, a nie w głowie Ci wycieczki do Europy, sława czy zwyczajna chwilowa ucieczka od rzeczywistości w bajeczny świat muzyki i wyobraźni. Po drugie, ścieżka dźwiękowa Benedikta Schiefera i fragmenty kompozytorów klasycznych jak chociażby Fryderyk Chopin. Euridice, która po wielu przejściach życiowych ostatecznie trafia na salę koncertową i gra dziewiątą z etiud autorstwa naszego wielkiego rodaka to uczta zarówno dla uszu, oczu, jak i duszy.

Każda z sióstr podążą inną drogą, kiedy Guida postanawia wyjechać, a raczej uciec do Grecji z przystojnym marynarzem, który urodą i mową ciała przypomina Brando z ‚Tramwaju Zwanego Pożądaniem’. Od ich rozstania narracja prowadzona jest skokowo przez listy, które siostra wysyła do Euridice na przestrzeni kilku lat, ale te nigdy nie trafiają do adresata ze względu na kłamstwa i zmowę mężczyzn w ich życiu. Guida podąża ścieżką od narwanej i namiętnej kochanki do samotnej matki z pracą na dwa etaty. Druga z nich, można odnieść wrażenie, że zwraca się w przeciwną stronę. Poukładana i grzeczna dziewczyna, dziewica nigdy nieskalana nawet dotykiem męskiego członka, z jasno wytyczonym celem będzie powoli spadać w przepaść pozbawiana na każdym kroku głosu, wprost do szaleństwa. Niczym jej mitologiczna odpowiedniczka, zgubę przynoszą jej mężczyźni.

Mimo wielu okazji do prostych melodramatycznych zabiegów, twórcy powstrzymują się od tanich chwytów. Wszystkie emocje są zasłużone. Pozostaje jedynie wyjść z sali z nadzieją, że nikt nigdy nie będzie musiał tyle cierpieć z powodu urojonej męskiej dumy i chorego kultu ojca, głowy rodziny pielęgnującej tradycję i obyczaje. Nadzieja to niestety złudna, bo dzieje się tak i dzisiaj w Europie. Na nasze rodziny również rzuca cień postać ‚zbawiciela’, ale zamiast Rio mamy Świebodzin. Ratunkiem są najmłodsi, którzy nienauczeni różnic i wartościowania ze względu na płeć przestaną powtarzać błędy naszego pokolenia. Światełkiem w tunelu jest mała dziewczynka w filmie, która przepuszcza chłopczyka do restauracyjnej toalety ‚tylko dla kobiet’, ponieważ ‚jest dzieckiem’. Życie nie powinno nas zmuszać do tracenia tej niewinności.

Ocena: 8/10

Asako. Dzień i Noc

W polskich kinach, trochę po cichu, pojawiła się pozycja, która powinna zainteresować fanów japońskiego kina. ‚Asako. Dzień i Noc’ to uczestnik głównego konkursu Cannes z 2018 roku i najnowszy film reżysera Ryusuke Hamaguchiego. Jak na slow-cinema brakuje mu głębi typowej dla tego typu rozwiązań w kinie. Wbrew pozorom to bardzo lekki i przyjemny seans. Chociaż wypełniony jest po brzegi melancholią i ujęciami zamyślonej i zawieszonej w stanie pół-snu bohaterki to osią fabularną jest romans rodem z komedii romantycznej, w który zamieszani są przyjaciele zakochanych, a ich spotkania nierzadko dostarczają widzowi powodu do śmiechu.

Film rozpoczyna historia pierwszego spotkania i miłości od pierwszego wejrzenia, która nie ma prawa się zdarzyć w prawdziwym świecie, jak zauważa później przyjaciel pary. Asako poznaje Baku w galerii sztuki w Osace. Wpatrzoną w zdjęcie dziewczynę mija chłopiec nucący pod nosem melodię, który niczym zaklinacz węży wyciąga ją za sobą z budynku. Przez chwilę śledzi go w raczej niewygodny dla widza sposób (niezależnie od płci, creepy), ale w odpowiednim momencie skręca w przeciwnym kierunku. Właśnie wtedy dzieje się magia. Strzelają fajerwerki, obracają się ku sobie, on podchodzi i ją całuje. Komu przytrafiła się taka sytuacja niech podniesie rękę. Mamy więc szczęśliwą parę młodzieńców, którzy nawet ulegając wypadkowi drogowemu nie widzą świata wokół siebie i wpadają sobie w objęcia leżąc na środku jezdni. Romantycznie, ale unosi się atmosfera jednostronności i uległości. Asako wydaje się bardzo bierna. Sielanka trwa do momentu, kiedy dowiadujemy się z planszy, że Baku wyszedł po buty i nigdy nie wrócił.

Wracamy do Asako kilka lat później, kiedy pracuje w kawiarni w Tokio i przypadkiem wpada na mężczyznę, który wygląda identycznie jak Baku. Nie bez powodu, bo Ryohei gra ten sam aktor. Szok i odtrącenie, które są reakcją Asako tylko wzbudzają zainteresowanie wyglądającego jak sobowtór chłopaka. Z kolei ona jest przyciągana przez jego podobieństwo do pierwszej i najprawdopodobniej jedynej miłości dziewczyny. Można przypuszczać, że gdyby nie Baku, ta dwójka nigdy by się ze sobą nie poznała. Czy jest to błogosławieństwo czy klątwa, która odbije się czkawką na ich relacji? Okazuje się bowiem, że Baku z Ryohei łączy jedynie warstwa zewnętrzna, a charakter drugiego jest wręcz przeciwieństwem pierwszego. Bezinteresowny, miły, ufający, potrafiący obrócić nieszczęśliwą sytuację w sukces bliskich mu osób i podjąć trudne decyzje wymagające poświęceń. Żeby jednak doszło do trwałego połączenia tej dwójki nie wystarczą zwykłe fajerwerki i atrakcyjna melodyjka. Tym razem potrzebne jest trzęsienie ziemi i to nie byle jakie, które w Japonii zdarzają się często, ale trzęsienie ziemi w Tohoku z 2011 (tsunami niszczące elektrownię atomową w Fukushimie). Paraliż miasta i transportu publicznego doprowadza do spotkania w tłumie pary zakochanych. Scena jest nagrana niczym odbicie lustrzane spotkania z Baku z początku filmu, ale tym razem to Asako podchodzi do mężczyzny i po raz pierwszy wykazuje inicjatywę.

Wszystko, co dzieje się później to eksploracja życia codziennego, wspólnego mieszkania, zajmowania się kotem i miłości reprezentowanej przez budowanie zaufania i wzajemnego oparcia. W pewnym momencie następuje nieuniknione, czyli powrót Baku do życia kobiety i zderzenie relacji budowanej latami z płomiennym uczuciem czasów młodości. Każdy, kogo życie postawiło w podobnej sytuacji wie jak niewłaściwa reakcja potrafi w mgnieniu oka popsuć sprawy w związku i tutaj mamy świetny tego przykład.

To, co pozytywnie zaskakuje to jak film nie próbuje nawet przez chwilę oceniać wyborów bohaterów i nawet, kiedy widz chce cisnąć telefonem w ekran stara się sprowadzić nas na ziemię i podejść do sytuacji w sposób bardzo realistyczny i dorosły. Chyba o tym jest ten film, jeżeli mamy go traktować, jako coś więcej niż prosty romans. O dorastaniu do miłości. Miłości i życia, które może być jednocześnie brudne i piękne jak rzeka przepływająca przed domem w ostatniej scenie filmu.

Często to powtarzam, ale zawsze urzeka mnie w kinie azjatyckim, a przede wszystkim japońskim i koreańskim krajobraz i urbanistyka. Bez znaczenia czy to jest anime czy live-action. W tym filmie to wszystko jest, więc jeśli chcesz wybrać się do kina na obraz z pogranicza dramatu, romansu i komedii, a przy okazji popatrzeć na Osakę, Tokio, wąskie osiedlowe uliczki, przejścia dla pieszych między stacjami metra wijące się nad ulicami, zielone wały przy brzegach rzek i szybkie pociągi to spędzisz miło dwie godziny. Nie oczekiwałbym jednak niczego więcej. Żadnych zmieniających podejście do życia duchowych doświadczeń.

Ocena: 6/10