Diabeł Morski

‚Kraben Rahu’ (oryginalny tytuł) to reżyserski debiut Phuttiphong Aroonphenga, będący wynikiem gniewu na ciągle aktualną sytuację muzułmańskiej grupie etnicznej Rohingya, dokonywanym ludobójstwie w rejonach Złotego Trójkąta i biernej polityce państw graniczących z birmańskim stanem Arakanu. Trzy lata temu rząd Republiki Związku Mjanmy rozpoczął ogólnokrajową akcję oczyszczania swojego terytorium, zabijając, paląc całe wsie, gwałcąc i zmuszając do ucieczki setki tysięcy ludzi. Obraz został nagrodzony w 2018 roku, jako najlepszy film z sekcji ‚Orizzonti’ na festiwalu w Wenecji. Również Nawarophaat Rungphiboonsophit, który zastąpił reżysera wyszkolonego w tym fachu, wielokrotnie został nagradzany za zdjęcia.

Wspomniany gniew został wyrażony w sposób stonowany i spokojny, posługując się wręcz oniryczną warstwą audiowizualną. Senne sekwencje przeplatają się bez większego przywiązania do linii czasowej, a symbolizm w nich zawarty ujawnia się na każdym kroku. Wielką rolę pełni wybór kolorystyczny oraz gra światła. Zarówno w ciągu dnia, jak i w nocy nasycone barwy podstawowe wyraźnie kontrastują z resztą kadru, wyrażając się w lampkach choinkowych, laserach, ubraniach, samochodach, rybackich akcesoriach lub kamyczkach, będących jasnym odzwierciedleniem dusz zmarłych. Zbliżenia wykorzystywane w kluczowych momentach prowokują do bezwarunkowych odruchów widza, podniecenia, relaksu lub wstrętu.

Za muzykę odpowiedzialny jest duet Mathieu Gabry i Christine Ott, czyli Snowdrops, który perfekcyjnie oddaje tropikalny klimat Tajlandii, wplatając w złowieszcze instrumentalne brzmienia dźwięki natury i ludzkie odgłosy, które reżyser nagrał dzięki współpracy z faktycznymi uchodźcami żyjącymi w jego ojczyźnie.

Osią fabuły jest spotkanie dwóch mężczyzn. Rybaka z niewielkiego nadmorskiego miasteczka (Wanlop Rungkumjad), któremu po nocach zdarza się w kominiarce zakopywać ciała z niewiadomych powodów oraz rannego mężczyzny (Aphisit Hama), którego ten pierwszy podczas odpływu znajduje między korzeniami lasu namorzynowego ze śladem po kuli w okolicy serca. Daje mu schronienie, pomaga dojść do siebie, odkrywa przed nim własne rany (bardziej emocjonalne), aż pewnego dnia znika, a niewypowiadający przez cały film słowa Thongchai, jak został nazwany na cześć popowego artysty, przejmuje jego mieszkanie, pracę oraz żonę. Opis i zabiegi wizualne w postaci odradzania się za moskitierą niczym w kokonie oraz postępująca zamiana miejsc brzmi niemal jak thriller na podstawie ‚Sobowtóra’ Dostojewskiego, ale ich intymna i pozbawiona dramaturgii historia jest jedynie narzędziem do ukazania problemu politycznego.

Paradoksalnie mocno wybrzmiewa cisza dominująca w obrazie, oszczędność dialogów oraz brak imion głównych bohaterów, jako reprezentacja odebranego głosu tysiącom ludzkich istnień. Jedynym przejawem indywidualności postaci Thongchai jest krótki moment pomiędzy odejściem rybaka a przybyciem jego byłej żony (Rasmee Wayrana). Wtedy i tylko wtedy odprawia muzułmańską modlitwę, klęcząc na dywaniku. Z chwilą pojawienia się Saijai, której rolę odgrywa debiutująca na ekranie tajska wokalistka, jego życie zamienia się w autostradę, po której pasywnie porusza się wprost ku kompletnej i bezwarunkowej asymilacji, włączając w to zmianę koloru włosów.

Tytułowe płaszczki wabione są do zatoki przez kolorowe kamienie wrzucane do wody, kiedy zwierzęta szukają schronienia w porze monsunowej. Równie mocno mami ludzi koloryt tajskiego krajobrazu i perspektywa wolności. Jedno i drugie daje iluzję spokoju, który jest ulotny niczym papierosowy dym, wydychane ciepłe powietrze w chłodni, para unosząca się nad taflą wody źródeł termalnych lub czystość koszuli założonej na krwawiącą wciąż ranę. W rzeczywistości taką iluzoryczną ostoją są obozy dla uchodźców, jak znajdujący się w południowym Bangladeszu największy na świecie tego typu obiekt, gdzie ukrywa się około miliona Rohingya. Chociaż warunki życia są fatalne i lokalne władze chcą pozbyć się problemu, nadal jest to lepsze rozwiązanie i azyl dla imigrantów niż powrót do domów.

‚Diabeł morski’ jest filmem pełnym hipnotyzujących obrazów i dźwięków, snującym się na granicy fantazji i rzeczywistości, wolności i śmierci, azylu i utraty tożsamości. W intymną historię abstrakcyjnego trójkąta miłosnego wpisuje świadectwo ogromnej tragedii całego narodu.

Ocena: 8/10

Reklamy

Wielki Budda

Wszystko się zmienia. Nic nie pozostaje takie samo.

Budda

Christian Frei ma na koncie wiele świetnych dokumentów nominowanych do nagród na największych imprezach filmowych, w tym ‚Fotografa Wojennego’, który w 2002 roku był kandydatem do Oskara. W zeszłym roku jego ‚Genesis 2.0’, opowiadające o wyścigu naukowców po kości mamuta i próby odtworzenia materiału genetycznego rodem z hollywoodzkich produkcji Stevena Spielberga, uzyskało nagrodę za zdjęcia w konkursie festiwalu Sundance.

Tym razem udaje się do Doliny Bamian w Afganistanie, gdzie w V w. wykuto w skale dwa gigantyczne posągi Buddy o wysokości 53m i 40m. Miasto leży na trasie dawnego szlaku jedwabnego łączącego Chiny z Bliskim Wschodem i Europą. Najprawdopodobniej w czasach swojej świetności było centrum handlu oraz przystanią dla podróżnych tuż po ciężkiej wędrówce przez pustynię Gobi. Ten opis pasuje do innego miasta, również bogatego w skalne konstrukcje, świątynie i systemy korytarzy, a mianowicie Petrę, która od paru lat staje się coraz popularniejszym kierunkiem turystycznym. Być może podobna przyszłość czekała Bamian. Szwajcar w dokumentalnym filmie ‚Wielki Budda’ wykorzystuje temat zniszczenia tych pomników przez talibów do celów oczywistych, czyli krytyki tego rodzaju ikonoklastycznych praktyk, ale wyciąga również na światło dzienne obłudę i hipokryzję cywilizacji Zachodu zarówno w jej zrozumieniu Islamu, jak i trosce o artystyczno-historyczne dziedzictwo gatunku ludzkiego. Porusza także wspomniany wyżej aspekt turystyczny w odniesieniu do autentyczności podziwianych dzieł sztuki.

Na wstępie poznajemy głowę rodziny, która okupuje jedną z jaskiń od 70 lat. Mężczyzna nie jest do końca pewny swojego wieku, a jego twarz daje świadectwo ciężkiego żywota okolicznej społeczności, która w ostatnim czasie musiała znosić ciągłe zmiany ustrojów politycznych oraz wizyty wojsk radzieckich i talibów walczących z buddyzmem. Wspomina jak traktowano jego lud Hazarów, przytaczając hasło „Tadżyk do Tadżykistanu, Uzbek to Uzbekistanu, Hazar? Do grobu!”. On i jego najbliżsi doskonale pamiętają trzęsienia wywołane przez eksplozje podczas usuwania pomników Buddy w 2001 roku, niedługo przed atakami w Stanach Zjednoczonych. Talibowie byli na ich los obojętni. Liczył się pokaz siły i zniszczenie czegoś, czego nie da się odbudować. Liczyło się zatrzymanie sensu ciągłości historii narodu.

Najsmutniejszy obraz wyłania się w momencie konfrontacji islamskiego obrazoburstwa z reakcją państw i organizacji szeroko rozumianego Zachodu, która owszem była natychmiastowa i potępiająca, ale jeśli spojrzeć na nią z pewnej perspektywy, była też pełna fałszu. Głód i ciężkie warunki życia lokalnej społeczności nigdy nie były przedmiotem ich zainteresowań, podobnie jak faktyczny obraz bogatego i różnorodnego Islamu (z własnych podróży po arabskich krajach też zawsze wynoszę wrażenia przeciwstawiające się powszechnej opinii), a jakakolwiek pomoc wiązała się tylko i wyłącznie z buddyjską sztuką na długo przed tragedią, jak niewątpliwie należy określić ten barbarzyński akt. Media grzmiały i huczały, a przedstawiciele polityczni wydawali kolejne oświadczenia dezaprobaty, kiedy przez niemal 2 tygodnie talibowie nieudolnie starali się pozbyć Buddy, korzystając z czołgów i artylerii, a kończąc na odwiertach i materiałach wybuchowych. Nagranie eksplozji i unosząca się chmura dymu złapie za serce każdego miłośnika sztuki. Tylko czy mamy prawo do lamentu, kiedy tam w tych jaskiniach ludziom dosłownie zapada się sufit na głowę?

Na ile te reakcje Zachodu różniły się wtedy od tego, co obserwujemy dzisiaj przy okazji pożarów lasów Amazonii? Jak wiele osób, które wychowały się w uprzywilejowanych warunkach europejskich, gdzie nie ma już nawet skrawka dzikiego terenu, bo biały człowiek dawno wszystko wyciął, jest w stanie zrozumieć specyfikę brazylijskiego problemu? Czy gdyby wandalizm w Bamian miał miejsce dzisiaj, nadal jedynym sposobem reakcji byłaby Maja Ostaszewska publikująca najmodniejszy hasztag w mediach społecznościowych?

Efekty zniszczenia i kroki podjęte w celu zabezpieczenia klifów wcale nie napawają optymizmem pod względem etyczno-moralnym. Rozważania ekspertów na temat odrestaurowania posągów czy sposobu, w jaki tego dokonać (spolia i zbiory szczątków) oraz szybko mieszające się w te procesy lokalne władze, które widzą szansę na zarobek dzięki turystyce wydają się błahe w porównaniu z tym, co spotkało mieszkańców. Zostali przesiedleni do glinianych baraków, które wyglądem przypominają bardziej obozy pracy niż mieszkania. Niegdyś cieszący się dobrodziejstwami rzeki, teraz oddaleni od najbliższego źródła wody o 1,5km.

Widok przemarzniętego i kaszlącego chłopczyka w ramionach ojca jest tak samo przerażający jak widok materiałów wybuchowych roznoszących w pył rzeźby sprzed ponad 1500 lat.

Ocena: 7/10

Jednym cięciem

Kiedy wydaje Ci się, że w gatunku horroru zombie nie ma już miejsca na nic oryginalnego, świeżego i jakościowego, pojawia się na horyzoncie film, który temu przeczy. Magia kina. Tak było z koreańskim ‚Train to Busan’ i tak jest z japońskim ‚One Cut of the Dead’, zbierającym nagrody publiczności na kolejnych festiwalach i utrzymującym poziom 100% fresh na portalu Rotten Tomatoes (41 recenzji). Pierwsze reakcje po seansach nowego filmu Jima Jarmuscha sugerują, że taka odtrutka może być kinomanom potrzebna.

Tytuł nie jest przypadkowy i odnosi się do otwierającego, prawie 40-minutowego pojedynczego ujęcia, które przedstawia grupę filmowców na planie opuszczonej elektrowni wodnej, wykorzystywanej według miejscowych legend do tajnych eksperymentów na ludziach. Podczas kręcenia produkcji o zombie, ekipę atakują prawdziwe zombie i zaczyna się krwawa zabawa. Horror klasy B, pełny tryskającej czerwonej cieczy, uciętych kończyn, ‚tani i wystarczającej jakości’, cytując reżysera, który nie pozwala kamerze przestać pracować nawet w obliczu śmierci współpracowników. Już sam ten fragment daje widzowi mnóstwo rozrywki, ale to nie koniec, chociaż dłonie składają się do oklasków, kiedy po raz pierwszy pojawiają się na ekranie końcowe napisy.

Debiutujący reżyser Shin’ichiro Ueda bawi się dalej w ‚zombicepcję’, przenosząc się w czasie do wydarzeń stanowiących genezę powstania filmu tylko po to, żeby zapoznać nas z artystami i producentami, a następnie wrócić do wspomnianych wyżej wydarzeń i przedstawić je z zupełnie innej, zewnętrznej perspektywy. Dokładając kolejne warstwy, za każdym razem zaskakuje, bawi mocniej i staje się coraz bardziej meta-komentarzem. ‚One Cut of the Dead’ na oczach widza przeobraża się z celowo słabej jakości slashera w hołd dla kinematografii i wszystkich osób związanych z produkcją, zaczynając od reżysera, przez scenarzystów, aktorów, aż po operatorów kamer, dźwiękowców i każdego na planie, kto służy pomocną ręką. Nie traci przy tym na humorze, a wręcz zyskuje, bo wcześniejsza znajomość nakręconego jednym ujęciem filmu odpłaca się, kiedy obserwujemy całość od kuchni.

Filmy z tego gatunku często ukrywają konkretny przekaz pod płaszczykiem pełnej przemocy walki z potworami. Kiedy nie są wykorzystywane, jako tło dla historii przetrwania, zombie potrafią reprezentować nasze wewnętrzne lęki, nieokiełznane masy, bezmyślnych konsumentów, tragedię wojenną czy nawet prawdę, która wyjdzie na jaw, niezależnie od tego ile razy będzie próbowało się ją pogrzebać. Czasami jednak tej głębi wcale nie ma, a scenarzysta nigdy nie zamierzał tworzyć czegoś wznoszącego się ponad proste survivalowe kino akcji.

W japońskiej ekranizacji wręcz prześmiewczo zostaje przedstawiona postać aktora, który gra nieumarłego i doszukuje się znaczenia i antyrasistowskiego przesłania w swojej roli. Mimo samoświadomego podejścia twórców do gatunku, ciężko jest oprzeć się wrażeniu, że zombie reprezentują tutaj niemal dosłownie trudy pracy podczas tworzenia filmów. Tyle energii, ile wysysają z bohaterów działania na planie zabiłyby zwierzę o wiele potężniejsze niż człowiek i faktycznie trzeba być odpornym na śmierć, żeby wytrwać w takich warunkach i nie zwariować.

Ocena: 8/10

Chyba Na Pewno Ty

Reprezentacja w kinie, jak w każdej innej branży i dziedzinie życia jest ważna, ale istotne jest, żeby szła ona w parze z jakością. W przypadku ‚Chyba Na Pewno Ty’ dzieje się tak nie chyba, ale na pewno.

Nowy film Netflixa w reżyserii Nahnatchki Khan nadrabia sztampowość konstrukcji komedii romantycznej swoim humorem i niezwykłą chemią dwóch głównych bohaterów granych przez komików/aktorów Randalla Parka (Marcus) i genialną Ali Wong (Sasha). Prawdą jest, że historii o dziewczynie z sąsiedztwa, miłości z dzieciństwa, która osiąga sukces i wraca w rodzinne strony tylko po to, żeby wzbudzić stare uczucie mieliśmy mnóstwo. Nigdy jednak w takiej obsadzie i w takim środowisku, a przy tym skierowanym do masowego widza, bo w błędzie jest ten, kto chce porównać ten film do ‚Bajecznie Bogatych Azjatów’. W przeciwieństwie do zeszłorocznego hitu, ‚Chyba Na Pewno Ty’ to zdecydowanie skromniejsza opowieść. Owszem, kobieca postać obraca się w wyższych sferach, jest bardzo majętna i występuje wątek zderzenia dwóch światów, ale nigdy nie oddalamy się za bardzo od rdzenia, którym jest miłość łącząca tą wspaniale wykreowaną parę. Nie wydaje mi się, żeby było to możliwe do zrealizowania gdyby nie różnorodność narodowościowa z jednej strony, a z drugiej spora ilość postaci pochodzenia azjatyckiego, co pozwala Sashy i Marcusowi na wtopienie się w ten świat, jako jego naturalne elementy. Przestają być „tymi koreańskimi bohaterami”, a stają się po prostu bohaterami.

W tych kilku scenach, kiedy postać Parka poznaje z bliska życie i zwyczaje swojej pierwszej miłości pojawia się Keanu Reeves, który gra samego siebie, a może powinno się powiedzieć, że gra zbiór wyobrażeń fanów na jego temat. Poeta, intelektualista, romantyk, kaskader, bohater kina akcji z wiecznym błyskiem w oku. Jest wszystko, cały pakiet. Każda scena, w której występuje to jest czyste złoto. Jeśli ktoś nie jest fanem komedii romantycznych to tylko dla tych fragmentów warto obejrzeć.

Podszedłem do seansu bez wielkich oczekiwań i świetnie się bawiłem, a nawet w scenie finałowej uroniłem łzę. Mam wręcz ochotę obejrzeć film jeszcze raz, choćby dziś. Polecam. Idealna pozycja na wieczór we dwójkę przed telewizorem.

Ocena: 6/10

Asako. Dzień i Noc

W polskich kinach, trochę po cichu, pojawiła się pozycja, która powinna zainteresować fanów japońskiego kina. ‚Asako. Dzień i Noc’ to uczestnik głównego konkursu Cannes z 2018 roku i najnowszy film reżysera Ryusuke Hamaguchiego. Jak na slow-cinema brakuje mu głębi typowej dla tego typu rozwiązań w kinie. Wbrew pozorom to bardzo lekki i przyjemny seans. Chociaż wypełniony jest po brzegi melancholią i ujęciami zamyślonej i zawieszonej w stanie pół-snu bohaterki to osią fabularną jest romans rodem z komedii romantycznej, w który zamieszani są przyjaciele zakochanych, a ich spotkania nierzadko dostarczają widzowi powodu do śmiechu.

Film rozpoczyna historia pierwszego spotkania i miłości od pierwszego wejrzenia, która nie ma prawa się zdarzyć w prawdziwym świecie, jak zauważa później przyjaciel pary. Asako poznaje Baku w galerii sztuki w Osace. Wpatrzoną w zdjęcie dziewczynę mija chłopiec nucący pod nosem melodię, który niczym zaklinacz węży wyciąga ją za sobą z budynku. Przez chwilę śledzi go w raczej niewygodny dla widza sposób (niezależnie od płci, creepy), ale w odpowiednim momencie skręca w przeciwnym kierunku. Właśnie wtedy dzieje się magia. Strzelają fajerwerki, obracają się ku sobie, on podchodzi i ją całuje. Komu przytrafiła się taka sytuacja niech podniesie rękę. Mamy więc szczęśliwą parę młodzieńców, którzy nawet ulegając wypadkowi drogowemu nie widzą świata wokół siebie i wpadają sobie w objęcia leżąc na środku jezdni. Romantycznie, ale unosi się atmosfera jednostronności i uległości. Asako wydaje się bardzo bierna. Sielanka trwa do momentu, kiedy dowiadujemy się z planszy, że Baku wyszedł po buty i nigdy nie wrócił.

Wracamy do Asako kilka lat później, kiedy pracuje w kawiarni w Tokio i przypadkiem wpada na mężczyznę, który wygląda identycznie jak Baku. Nie bez powodu, bo Ryohei gra ten sam aktor. Szok i odtrącenie, które są reakcją Asako tylko wzbudzają zainteresowanie wyglądającego jak sobowtór chłopaka. Z kolei ona jest przyciągana przez jego podobieństwo do pierwszej i najprawdopodobniej jedynej miłości dziewczyny. Można przypuszczać, że gdyby nie Baku, ta dwójka nigdy by się ze sobą nie poznała. Czy jest to błogosławieństwo czy klątwa, która odbije się czkawką na ich relacji? Okazuje się bowiem, że Baku z Ryohei łączy jedynie warstwa zewnętrzna, a charakter drugiego jest wręcz przeciwieństwem pierwszego. Bezinteresowny, miły, ufający, potrafiący obrócić nieszczęśliwą sytuację w sukces bliskich mu osób i podjąć trudne decyzje wymagające poświęceń. Żeby jednak doszło do trwałego połączenia tej dwójki nie wystarczą zwykłe fajerwerki i atrakcyjna melodyjka. Tym razem potrzebne jest trzęsienie ziemi i to nie byle jakie, które w Japonii zdarzają się często, ale trzęsienie ziemi w Tohoku z 2011 (tsunami niszczące elektrownię atomową w Fukushimie). Paraliż miasta i transportu publicznego doprowadza do spotkania w tłumie pary zakochanych. Scena jest nagrana niczym odbicie lustrzane spotkania z Baku z początku filmu, ale tym razem to Asako podchodzi do mężczyzny i po raz pierwszy wykazuje inicjatywę.

Wszystko, co dzieje się później to eksploracja życia codziennego, wspólnego mieszkania, zajmowania się kotem i miłości reprezentowanej przez budowanie zaufania i wzajemnego oparcia. W pewnym momencie następuje nieuniknione, czyli powrót Baku do życia kobiety i zderzenie relacji budowanej latami z płomiennym uczuciem czasów młodości. Każdy, kogo życie postawiło w podobnej sytuacji wie jak niewłaściwa reakcja potrafi w mgnieniu oka popsuć sprawy w związku i tutaj mamy świetny tego przykład.

To, co pozytywnie zaskakuje to jak film nie próbuje nawet przez chwilę oceniać wyborów bohaterów i nawet, kiedy widz chce cisnąć telefonem w ekran stara się sprowadzić nas na ziemię i podejść do sytuacji w sposób bardzo realistyczny i dorosły. Chyba o tym jest ten film, jeżeli mamy go traktować, jako coś więcej niż prosty romans. O dorastaniu do miłości. Miłości i życia, które może być jednocześnie brudne i piękne jak rzeka przepływająca przed domem w ostatniej scenie filmu.

Często to powtarzam, ale zawsze urzeka mnie w kinie azjatyckim, a przede wszystkim japońskim i koreańskim krajobraz i urbanistyka. Bez znaczenia czy to jest anime czy live-action. W tym filmie to wszystko jest, więc jeśli chcesz wybrać się do kina na obraz z pogranicza dramatu, romansu i komedii, a przy okazji popatrzeć na Osakę, Tokio, wąskie osiedlowe uliczki, przejścia dla pieszych między stacjami metra wijące się nad ulicami, zielone wały przy brzegach rzek i szybkie pociągi to spędzisz miło dwie godziny. Nie oczekiwałbym jednak niczego więcej. Żadnych zmieniających podejście do życia duchowych doświadczeń.

Ocena: 6/10