The Souvenir

‚The Souvenir’ to absolutnie jeden z lepszych filmów tego roku, a fakt, że podzielił widownię powinien świadczyć o jego wyjątkowości, co postaram się oddać chociaż fragmentarycznie.

Joanna Hogg w częściowo autobiograficznej opowieści przedstawia młodą, zaledwie 21-letnią bohaterkę, o której wiemy tyle, że jej marzeniem jest nakręcić film osadzony w środowisku kompletnie jej obcym i w tym celu ma zamiar uczęszczać do szkoły filmowej. Na wstępie Julie, grana przez Honor Swinton-Byrne (córkę znanej dobrze wszystkim Tildy), jest malowana w bardzo delikatnych barwach, pełnych naiwności, podkreślając jej życie w mydlanej bańce bogactwa wyższej klasy społecznej Wielkiej Brytanii lat 80-tych. Często spotyka się ze znajomymi, których sposób prowadzania się jest bardziej przyziemny i jasno stwierdzają, że nie stać ich na luksusy i niedbałość w prowadzeniu budżetu domowego, do czego ona z kolei uwagi nie przykuwa. Julie to stereotypowy kwiatuszek. Stąd jej pomysł o kręceniu szarego, surowego, realistycznego filmu o robotnikach ze stoczni w północnym Sunderlandzie wydaje się delikatnie abstrakcyjny i pretensjonalny. Mimo szczerego serca i dobrych intencji, samej bohaterce ciężko wyrzucić z siebie coś więcej na temat planowanego dzieła niż powtarzane w koło sformułowanie ‚to interesujące’.

Co z kolei zainteresowało mnie to ta naiwność i punkt widzenia mocno uprzywilejowanej osoby rozpoczynającej dorosłą przygodę w poszukiwaniu artystycznego głosu i miłości, goniąc w obu przypadkach za widmem tego, co wydaje jej się być ideałem. Matka, grana przez wspomnianą wyżej Tildę Swinton, jest na każde zawołanie córki. Przede wszystkim finansowo i jedynie dla zachowania pozorów oczekuje pretekstu w formie pożyczki na ekwipunek filmowy, kiedy tak naprawdę utrwala fałszywe przekonanie córki o funkcjonowaniu świata. Obiekt westchnień Julie, Anthony grany przez Toma Burke’a to starszy, bogaty i wykształcony mężczyzna, który swoją elokwencją i zdolnością interpretacji sztuki na poziomie akademickim potrafi zaskarbić przychylność młodej dziewczyny. Pracuje w ministerstwie spraw zagranicznych, co daje mu dogodną wymówkę w postaci tajemnicy państwowej, kiedy tylko nie czuje potrzeby zdradzania partnerce elementów swojej dziennej rutyny. Do czego to dąży i jak wiąże się jego osobisty dramat z atakami terrorystycznymi, które nawiedzają kraj, nie będę zdradzał, ale jest w tym zachowana pewna relacja.

Fakt, że Julie nie jest w stanie pogodzić szkoły i sztuki z pielęgnowaniem związku, który szybko nabiera znamię toksyczności, przy jednoczesnym nacisku środowiska filmowego na twórczość związaną i inspirowaną bezpośrednio z jej własnymi doświadczeniami, mówi sporo o kondycji kobiet w branży kina trzy dekady temu. Można się domyślić, że ta próba wywarcia wpływu osób z zewnątrz na kierunek artystyczny nie znalazła się w filmie Hogg przypadkiem. Nie tylko ma związek z jej osobistą podróżą, ale nadal jest to problem aktualny. Nawet jeśli coraz mniej w tej gałęzi przemysłu, ze względu na wydarzenia i ruchy społeczne Hollywood ostatnich lat, to na pewno w innych.

Mam wrażenie, że negatywne opinie wynikają w dużej mierze z oceny samych bohaterów, a nie filmu per sé i doskonale rozumiem trudności w połączeniu się emocjonalnie z człowiekiem, jak postać grana przez Honor. Wiąże się to również z wizualnym sposobem przedstawienia historii. Znaczna część akcji dzieje się w mieszkaniu, a więc bardzo zamkniętej przestrzeni. Jako fana zarówno teatru dramatycznego i opery, zauroczyły mnie jego szerokie ujęcia, gdzie ściana przedziela pomieszczenia, a bohaterzy krzątają się po nich niczym na scenie. Anthony ubrany w długi do podłogi płaszcz przypominający dowódcę wojsk z okresów napoleońskich i z równie absurdalną gestykulacją, Julie ze swoją słodyczą wymalowaną na policzkach, a w tle rozbrzmiewające orkiestralne dźwięki przywodzące na myśl ponadczasowe dzieła Pucciniego. W tą estetykę fete galante, wytwornych posiłków w Harrodsie, eleganckich strojów i wyidealizowanych ruchów idealnie wpisuje się sam tytył, odwołujący do rokokowego obrazu Jean-Honore Fragonarda, który fizycznie pojawią się na ekranie kilkukrotnie. Ja tutaj widzę pełną i przemyślaną konstrukcję. Krytyka charakteru lub jego odbiór przez widza to inna sprawa. Zdecydowanie bardziej osobista.

Cały fragment w Wenecji jest genialny i udaje się w nim Hogg w bardzo obrazowy sposób przekazać zmianę nastroju w relacji dwóch osób. Zaczyna się naiwnie, od listy potrzebnych rzeczy na wyjazd, zawierającej ledwie trzy pozycje. Miasto wita mglistą mariną Canale Grande z lotu ptaka. Następnie pojawiamy się w klaustrofobicznym pokoju hotelowym, którego bogactwo wnętrza sprawia wrażenie bardziej korytarza w Pałacu Dożów nieopodal niż miejsca spoczynku kochanków na wakacjach. Okiennice są zamknięte, a ona skrywając sekret wyraźnie cierpi. Na koniec kroczy w pięknej sukni po schodkach jednego z weneckich mostów, nie ramię w ramię, ale daleko za mężczyzną. Zaledwie trzy sceny, bardzo mało dialogu, a emocje oddane w pełni i w tym doszukuję się jakości ‚The Souvenir’, który porwał mnie od początku do końca. Ogromne brawa należą się Honor, bo to wielkie odkrycie i rola, która powinna wystrzelić jej karierę. Mamusia się postarała.

Ocena: 8/10

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s