Midsommar

Hu! Ha!

Hu! Ha!

Wybrzmiewają dźwięki głębokich wdechów budujące nastrój w zwiastunie do ‚Midsommar’ i w trakcie samego filmu, który jest abstrakcyjną interpretacją złapania oddechu przez kogoś duszącego się od dawna pod ciężarem toksycznego związku i niepotrafiącego samodzielnie wydostać się na powierzchnię. Cały ten proces i droga w kierunku odrodzenia została opakowana w folk-horrorową opowieść rodem z ‚The Wicker Man’. Ari Aster, który rok temu debiutował genialnym ‚Hereditary’ nie mami nas tym razem zagadkami i mroczną atmosferą. Kiedy tylko ustawia przed nami pionki i królową w postaci Florence Pugh na szachownicy, wiemy dokładnie, dokąd zmierza akcja, co podkreśla paleta barw i jasność obrazu.

Początek filmu jest jednak mroczny i wiąże się z rodzinną tragedią głównej bohaterki Dani, która zdewastowana szuka oparcia w swoim partnerze Christianie (Jack Reynor). Chłopak jest kompletnie pozbawiony empatii i brak zainteresowania z jego strony jest widoczny gołym okiem dla obserwatora. Tak naprawdę od dawna rozmyślał nad zakończeniem związku, ale będąc leniwym oportunistą, czemu daje dowody wielokrotnie w trakcie filmu, zadawał sobie pytanie „A co jeśli zmienię zdanie i będę chciał do niej wrócić?”. To, w jaki sposób Aster rysuje relacje idealnie widać w scenie, kiedy para wraca z imprezy, na której Dani dowiaduje się o planach wyjazdu Christiana do Szwecji. Oboje siebie przepraszają, ale jak!? Ona wcale nie oczekuje jego łaskawie rzuconego „sorry”, a w zamian potrzebuje dialogu i zrozumienia. On bardzo szybko potrafi odwrócić kota ogonem, przejąć kontrolę i sprowokować ją do przeprosin. Co się dzieje w międzyczasie? Aktorzy i kamera poruszają się w ten sposób, żeby podkreślić tą zamianę miejsc, manipulację i uległość. Gdzieś w tle widać obraz kobiety w koronie kłaniającej się niedźwiedziowi. Palce lizać.

Na tajemniczy europejski festiwal ruszamy wraz z naszą niedobraną parą i grupką dość stereotypowych przyjaciół, czyli klauna, intelektualisty i gospodarza służącego pomocną dłonią. Tą również wyciągają do nich wszyscy obywatele ukrytej na polanie pełnej kwiatów wioski, otoczonej gęstym lasem i górskim krajobrazem. Wszyscy są wręcz podejrzanie mili i ochoczy, ale atmosfera festiwalu i narkotyków zdaje się wiele tłumaczyć. W końcu nawet stonowani Japończycy w trakcie rozkwitu wiśni potrafią zrzucić marynarkę i pić whisky pod chmurką w parku przez cały dzień. A dzień w szwedzkiej Harga jest dość długi, bo w północnej Skandynawii słońce potrafi nie odpuszczać przez całą dobę, co wpływa na psychikę równie mocno, jak halucynogenne herbatki serwowane turystom.

Po sielankowym przyjęciu następuje jednak czas na pierwsze pogańskie obrządki, które wiążą się z lokalną religią, kulturą i cyklem życia odwzorowującym cztery pory roku. W tym przypadku, jesteśmy świadkami zakończenia zimy, a przy okazji doświadczamy idei komunalnego przeżywania cierpienia w dwóch różnych reakcjach mieszkańców na „pogrzeby” członków ich społeczności, kiedy jeden umiera bezboleśnie, a drugi wymaga ich pomocy w odejściu. Idei, która tak bardzo odbije się później na głównej bohaterce i doprowadzi do jednej z najbardziej emocjonalnych scen filmu, którą wcale nie jest jego widowiskowy finał, a wspólny lament i krzyki grupy kobiet w stodole. W tej chwili Dani dzieli się częścią swojego bólu i znajduje w końcu kogoś, kto zechce udzielić jej ukojenia w cierpieniu i ukaże odrobinę zrozumienia.

Wyczytałem gdzieś, że stare legendy z Rusi Kijowskiej opowiadały o niedźwiedziu, jako człowieku otulonym przez ciało bestii, czego przyczyną miał być grzech śmiertelny. Jeśli to prawda to wiele z tego odbija się w końcowych wydarzeniach. Ludzie, którzy giną po drodze są głównie statystami i przeszkodą w dokonaniu wyboru. Muszą zostać usunięci z równania przed najważniejszą decyzją. Podobnie jak zwodniczy głos Christiana, którego kłamstwa tak łatwo były wybaczane (scena z ciastem i świeczką, miód), a jego lekceważące traktowanie partnerki musiało zostać ukarane. W tym samym czasie, kiedy Dani przeobraża się w królową z kwiecistą koroną na głowie, wokół której wszystko się kręci i dosłownie wiruje, on gnije niczym stare mięso na stole otoczone przez muchy, które wyczuły padlinę. Ostatecznie kolejny raz stajemy się świadkiem zamiany miejsc, ale tym razem trwało to dłużej i wymagało sporo mistycyzmu, run, tańców, morderstw i ofiar. Tym razem kobieta z kwiatami we włosach staje nad niedźwiedziem.

Ari Aster wspominał o wielu filmach, które inspirowały go w trakcie tworzenia, ale najbardziej uderzyło mnie przywołanie ‚Dogville’ Larsa von Triera. Faktycznie, to idealny przykład cierpliwego budowania chorych relacji wokół kobiety, która szuka pomocy, co ostatecznie doprowadza do masowego mordu, który w oczach widza jest usprawiedliwiony. W ‚Midsommar’ jest podobnie, bo przy całym wrzasku tłumu zgromadzonego przed wielkim ogniskiem i tragicznym losie tych w jego wnętrzu, satysfakcja z emocjonalnego zwycięstwa głównej bohaterki bierze górę, wywołuje uśmiech na twarzy i pozwala uronić delikatną łezkę.

Wielką rolę w malowaniu tej wizji lęków kierujących w stronę szaleństwa i fanatyzmu miał autor zdjęć Paweł Pogorzelski, który współpracuje kolejny raz z Asterem. Przepełnione pastelowymi barwami i wręcz błyszczącą bielą, która nadawała aury kostiumom, ujęcia z wykorzystaniem pełnego dziennego światła pozwoliły wykreować jeden z najjaśniejszych horrorów w historii kina. Oby panowie pracowali ze sobą jak najdłużej i dawali nam, widzom jak najwięcej takich perełek.

Ocena: 8/10

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s