Jednym cięciem

Kiedy wydaje Ci się, że w gatunku horroru zombie nie ma już miejsca na nic oryginalnego, świeżego i jakościowego, pojawia się na horyzoncie film, który temu przeczy. Magia kina. Tak było z koreańskim ‚Train to Busan’ i tak jest z japońskim ‚One Cut of the Dead’, zbierającym nagrody publiczności na kolejnych festiwalach i utrzymującym poziom 100% fresh na portalu Rotten Tomatoes (41 recenzji). Pierwsze reakcje po seansach nowego filmu Jima Jarmuscha sugerują, że taka odtrutka może być kinomanom potrzebna.

Tytuł nie jest przypadkowy i odnosi się do otwierającego, prawie 40-minutowego pojedynczego ujęcia, które przedstawia grupę filmowców na planie opuszczonej elektrowni wodnej, wykorzystywanej według miejscowych legend do tajnych eksperymentów na ludziach. Podczas kręcenia produkcji o zombie, ekipę atakują prawdziwe zombie i zaczyna się krwawa zabawa. Horror klasy B, pełny tryskającej czerwonej cieczy, uciętych kończyn, ‚tani i wystarczającej jakości’, cytując reżysera, który nie pozwala kamerze przestać pracować nawet w obliczu śmierci współpracowników. Już sam ten fragment daje widzowi mnóstwo rozrywki, ale to nie koniec, chociaż dłonie składają się do oklasków, kiedy po raz pierwszy pojawiają się na ekranie końcowe napisy.

Debiutujący reżyser Shin’ichiro Ueda bawi się dalej w ‚zombicepcję’, przenosząc się w czasie do wydarzeń stanowiących genezę powstania filmu tylko po to, żeby zapoznać nas z artystami i producentami, a następnie wrócić do wspomnianych wyżej wydarzeń i przedstawić je z zupełnie innej, zewnętrznej perspektywy. Dokładając kolejne warstwy, za każdym razem zaskakuje, bawi mocniej i staje się coraz bardziej meta-komentarzem. ‚One Cut of the Dead’ na oczach widza przeobraża się z celowo słabej jakości slashera w hołd dla kinematografii i wszystkich osób związanych z produkcją, zaczynając od reżysera, przez scenarzystów, aktorów, aż po operatorów kamer, dźwiękowców i każdego na planie, kto służy pomocną ręką. Nie traci przy tym na humorze, a wręcz zyskuje, bo wcześniejsza znajomość nakręconego jednym ujęciem filmu odpłaca się, kiedy obserwujemy całość od kuchni.

Filmy z tego gatunku często ukrywają konkretny przekaz pod płaszczykiem pełnej przemocy walki z potworami. Kiedy nie są wykorzystywane, jako tło dla historii przetrwania, zombie potrafią reprezentować nasze wewnętrzne lęki, nieokiełznane masy, bezmyślnych konsumentów, tragedię wojenną czy nawet prawdę, która wyjdzie na jaw, niezależnie od tego ile razy będzie próbowało się ją pogrzebać. Czasami jednak tej głębi wcale nie ma, a scenarzysta nigdy nie zamierzał tworzyć czegoś wznoszącego się ponad proste survivalowe kino akcji.

W japońskiej ekranizacji wręcz prześmiewczo zostaje przedstawiona postać aktora, który gra nieumarłego i doszukuje się znaczenia i antyrasistowskiego przesłania w swojej roli. Mimo samoświadomego podejścia twórców do gatunku, ciężko jest oprzeć się wrażeniu, że zombie reprezentują tutaj niemal dosłownie trudy pracy podczas tworzenia filmów. Tyle energii, ile wysysają z bohaterów działania na planie zabiłyby zwierzę o wiele potężniejsze niż człowiek i faktycznie trzeba być odpornym na śmierć, żeby wytrwać w takich warunkach i nie zwariować.

Ocena: 8/10

Reklamy

Angelo

‚Angelo’ to historia życia, a nawet parę dni dłużej, czarnoskórego mężczyzny, który jako małe dziecko zostaje sprzedane na aukcji niewolników pewnej austriackiej hrabinie. Kobieta stawia sobie za cel wychować je zgodnie z etykietą i wszystkimi przywilejami pozornie wynikającymi z obracania się w tak wysoko postawionym towarzystwie. W tej roli znana europejskiej publiczności Alba Rohrwacher. Oczywistym staje się, że w tym bardzo dystyngowanym światku posiadanie przedstawiciela rasy z dalekiego ‚Czarnego Lądu’, który potrafi zachowywać się kulturalnie w towarzystwie białego człowieka i dodatkowo wykazuje talenty artystyczne to nic innego, jak ozdoba domu.

Niedługo zajmuje mu przykucie sobą uwagi wiedeńskiego dworu i cesarza, który chętnie przyjmuje go pod swoje skrzydła, aby i swoich gości mógł raczyć tym niecodziennym widokiem. W trakcie organizowanych spotkań, bali i bankietów, tytułowy bohater, ubrany w pstrokate kolory od stóp do głów, opowiada o dalekiej krainie w sercu Afryki, gdzie słońce topi skały, a z dziury w ziemi bucha ogień. Dziury tak głębokiej, że wrzuceni do niej wrogowie nie umierają, cierpiąc katusze wiecznie spadając.

Pierwszy przejaw indywidualności i próby usamodzielnienia, którym jest romans Angelo i wspólne mieszkanie ze szlachecko urodzoną białą kobietą kończy się karą cesarską w postaci zwrotu wolności. Jednak w tym miejscu zwanym Europą, do którego trafił nie z własnej woli, a siłą uprowadzony z odległego domu, którego nawet nie pamięta, zawsze będzie przez innych traktowany z ciekawością, pogardą, zachwytem, nienawiścią. Nigdy jak równy. Dana mu wolność, z której nie może w pełni korzystać jest niczym popchnięcie w przepaść, o której tak pięknie potrafił opowiadać. Przepaść bez dna, gdzie nawet po śmierci nie zazna spokoju. Być może zaczął już spadać w momencie, kiedy biała stopa postawiła pierwszy krok w jego rodzinnej wiosce.

Postać Angelo została napisana na podstawie autentycznej osoby, wokół której obrósł mit austriackiego przykładu idealnej asymilacji czarnych imigrantów, czemu film najwyraźniej przeczy. Reżyserowi Markusowi Schleinzerowi, znanemu przede wszystkim ze współpracy przy castingu w produkcjach Michaela Haneke, bardzo zależało na pokazaniu prawdy i zerwaniu z jego ojczystą tradycją kolorowania pewnych wydarzeń i przeobrażaniu ich w bajki dla dzieci, jak sam to stwierdził. Wydaje się być to cechą wielu narodów.

Po co jest piękno, jeśli nie ma, kto go podziwiać? Po co jest przykład, jeśli nie ma, kto go badać?

Takie pytania padają z ust kuratora muzeum oprowadzającego dorosłego Angelo po wystawie w remontowanym budynku, pochylając się nad skrzyneczkami z wypchanym egzotycznym i kolorowym ptactwem. Odpowiedź ciśnie się sama na usta. Po to, by żyć, ćwierkać i latać. Ta scena zapowiada przykry los Angelo. Moim zdaniem, niemal kwadratowy format obrazu (4:3) również nawiązuje do finału całej historii, zamykając drogi ucieczki w każdym kadrze i zwiastując zamknięcie w muzealnej gablocie. Same kolory działają klaustrofobicznie i przewaga czerni jeszcze bardziej ogranicza przestrzeń, podobnie jak horyzont wciskający w ziemię w scenie pogrzebu. Skoro jesteśmy przy sferze wizualnej to zdjęcia są wprost przepiękne, a pauza w losowym momencie zostawia widza z obrazem wartym druku i obramowania. Niektóre ujęcia przypominają genialne dzieła barokowych malarzy jak Caravaggio lub de la Tour.

Osoby, które znają legendę Angelo Solimana lub nie straszne im spoilery mogą wiedzieć, że jego ciało pośmiertnie zostało obdarte ze skóry, którą wypchano i jako rekwizyt umieszczono we wspomnianym wcześniej muzeum. Zajmuje miejsce w sekcji afrykańskiej na tle egipskich piramid i pustynnych krajobrazów namalowanych na ścianie i zestawionych ze sobą w sposób wręcz karykaturalny. Film idealnie oddaje ciągle bardzo aktualną manierę białej rasy do zawłaszczania egzotycznych kultur i przeobrażania ich na własne upodobanie, bez oddania należytego szacunku w miejscu ich korzeni. To może być animacja dla dzieci o chińskiej wojowniczce czy kolekcja ubrań znanego projektanta mody pełna wzorów nawiązujących do afrykańskiej kultury plemiennej i ani jedną czarnoskórą modelką na wybiegu. W każdym z tych przykładów mamy do czynienia z porwaniem małego Angelo, odcięciem od rodziców, obdarciem ze skóry i umieszczeniem na wystawie przy blasku fleszy i aplauzie nowoczesnego XXI-wiecznego dworu.

Ocena: 7/10

Niewidoczne życie sióstr Gusmao

‚The Invisible Life of Euridice Gusmao’, najnowszy film Karima Ainouz i zwycięzca tegorocznej nagrody w konkursie Un Certain Regard w Cannes jest zmysłowo namalowaną, opowiedzianą i zagraną historią życia dwóch sióstr, które w wieku dorastania rozdziela mizoginizm i patriarchalna kultura panująca w domu rodzinnym i Brazylii lat 50-tych. Szczególnie dzisiaj, cała ta otoczka i przyczyny niedoli dają powód nie tylko do współczucia głównym bohaterkom, ale wręcz do złości na hierarchię płciową związaną bardzo często z głęboko zakorzenionymi religijnymi uprzedzeniami. W filmie pada nawet uderzające zdanie odnośnie noworodka, że ‘ma szczęście’, rodząc się mężczyzną.

Już pierwsza scena idealnie wprowadza widza w klimat, kiedy to właśnie w cieniu wielkiej postaci Jezusa z Rio de Janeiro, gdzieś na obrzeżach miasta poznajemy Euridice i Guidę. Młode i olśniewające urodą dziewczyny wpatrują się romantycznie w ocean, snując plany na przyszłość, które przerywa droga powrotna do domu. Droga przez dżunglę tropikalną, gdzie nie tylko rośliny, ale i atmosfera zagęszczają się do poziomu, w którym trzeba by użyć ostrego narzędzia, żeby przedrzeć się dalej. Jedna z sióstr oddala się od drugiej, gubią kontakt wzrokowy i zostaje im jedynie bezsensowne nawoływanie w tej zielonej głębi, gdzie dźwięk jest zagłuszany przez otoczenie. Poziom napięcia godny najlepszych horrorów. To zapowiedź tego, co niedługo wydarzy się w ich życiu.

Chwilę później, w kolejnej genialnej scenie zarysowane zostają relacje panujące w rodzinie. Matka prosi dziewczyny o pomoc w nakryciu do stołu i kiedy Guida rusza w podskokach, licząc na przychylność w przyszłości, Euridice nie może oderwać dłoni od fortepianu. Kamera skupia się na artystce, której gra hipnotyzuje i upewnia widza, że jej marzenia o wyjeździe do konserwatorium w Wiedniu mają solidne podstawy. Dookoła niej zbiera się cała rodzina i nadstawia uszu, chociaż ich sylwetki pozostają bez ostrości.

Muzyka jest bardzo istotnym elementem filmu. Po pierwsze, daje namacalny dowód na tłamszenie kobiecych marzeń i kompletny brak zrozumienia przez mężczyzn kobiecej chęci sukcesu i artystycznej duszy. Nie, nie w tym domu i nie w tym kraju. Chcesz brzdękać na instrumencie i umilać nam czas? Proszę bardzo. Najlepiej zrób to nago i wypnij tyłek, a nie w głowie Ci wycieczki do Europy, sława czy zwyczajna chwilowa ucieczka od rzeczywistości w bajeczny świat muzyki i wyobraźni. Po drugie, ścieżka dźwiękowa Benedikta Schiefera i fragmenty kompozytorów klasycznych jak chociażby Fryderyk Chopin. Euridice, która po wielu przejściach życiowych ostatecznie trafia na salę koncertową i gra dziewiątą z etiud autorstwa naszego wielkiego rodaka to uczta zarówno dla uszu, oczu, jak i duszy.

Każda z sióstr podążą inną drogą, kiedy Guida postanawia wyjechać, a raczej uciec do Grecji z przystojnym marynarzem, który urodą i mową ciała przypomina Brando z ‚Tramwaju Zwanego Pożądaniem’. Od ich rozstania narracja prowadzona jest skokowo przez listy, które siostra wysyła do Euridice na przestrzeni kilku lat, ale te nigdy nie trafiają do adresata ze względu na kłamstwa i zmowę mężczyzn w ich życiu. Guida podąża ścieżką od narwanej i namiętnej kochanki do samotnej matki z pracą na dwa etaty. Druga z nich, można odnieść wrażenie, że zwraca się w przeciwną stronę. Poukładana i grzeczna dziewczyna, dziewica nigdy nieskalana nawet dotykiem męskiego członka, z jasno wytyczonym celem będzie powoli spadać w przepaść pozbawiana na każdym kroku głosu, wprost do szaleństwa. Niczym jej mitologiczna odpowiedniczka, zgubę przynoszą jej mężczyźni.

Mimo wielu okazji do prostych melodramatycznych zabiegów, twórcy powstrzymują się od tanich chwytów. Wszystkie emocje są zasłużone. Pozostaje jedynie wyjść z sali z nadzieją, że nikt nigdy nie będzie musiał tyle cierpieć z powodu urojonej męskiej dumy i chorego kultu ojca, głowy rodziny pielęgnującej tradycję i obyczaje. Nadzieja to niestety złudna, bo dzieje się tak i dzisiaj w Europie. Na nasze rodziny również rzuca cień postać ‚zbawiciela’, ale zamiast Rio mamy Świebodzin. Ratunkiem są najmłodsi, którzy nienauczeni różnic i wartościowania ze względu na płeć przestaną powtarzać błędy naszego pokolenia. Światełkiem w tunelu jest mała dziewczynka w filmie, która przepuszcza chłopczyka do restauracyjnej toalety ‚tylko dla kobiet’, ponieważ ‚jest dzieckiem’. Życie nie powinno nas zmuszać do tracenia tej niewinności.

Ocena: 8/10

Midsommar

Hu! Ha!

Hu! Ha!

Wybrzmiewają dźwięki głębokich wdechów budujące nastrój w zwiastunie do ‚Midsommar’ i w trakcie samego filmu, który jest abstrakcyjną interpretacją złapania oddechu przez kogoś duszącego się od dawna pod ciężarem toksycznego związku i niepotrafiącego samodzielnie wydostać się na powierzchnię. Cały ten proces i droga w kierunku odrodzenia została opakowana w folk-horrorową opowieść rodem z ‚The Wicker Man’. Ari Aster, który rok temu debiutował genialnym ‚Hereditary’ nie mami nas tym razem zagadkami i mroczną atmosferą. Kiedy tylko ustawia przed nami pionki i królową w postaci Florence Pugh na szachownicy, wiemy dokładnie, dokąd zmierza akcja, co podkreśla paleta barw i jasność obrazu.

Początek filmu jest jednak mroczny i wiąże się z rodzinną tragedią głównej bohaterki Dani, która zdewastowana szuka oparcia w swoim partnerze Christianie (Jack Reynor). Chłopak jest kompletnie pozbawiony empatii i brak zainteresowania z jego strony jest widoczny gołym okiem dla obserwatora. Tak naprawdę od dawna rozmyślał nad zakończeniem związku, ale będąc leniwym oportunistą, czemu daje dowody wielokrotnie w trakcie filmu, zadawał sobie pytanie „A co jeśli zmienię zdanie i będę chciał do niej wrócić?”. To, w jaki sposób Aster rysuje relacje idealnie widać w scenie, kiedy para wraca z imprezy, na której Dani dowiaduje się o planach wyjazdu Christiana do Szwecji. Oboje siebie przepraszają, ale jak!? Ona wcale nie oczekuje jego łaskawie rzuconego „sorry”, a w zamian potrzebuje dialogu i zrozumienia. On bardzo szybko potrafi odwrócić kota ogonem, przejąć kontrolę i sprowokować ją do przeprosin. Co się dzieje w międzyczasie? Aktorzy i kamera poruszają się w ten sposób, żeby podkreślić tą zamianę miejsc, manipulację i uległość. Gdzieś w tle widać obraz kobiety w koronie kłaniającej się niedźwiedziowi. Palce lizać.

Na tajemniczy europejski festiwal ruszamy wraz z naszą niedobraną parą i grupką dość stereotypowych przyjaciół, czyli klauna, intelektualisty i gospodarza służącego pomocną dłonią. Tą również wyciągają do nich wszyscy obywatele ukrytej na polanie pełnej kwiatów wioski, otoczonej gęstym lasem i górskim krajobrazem. Wszyscy są wręcz podejrzanie mili i ochoczy, ale atmosfera festiwalu i narkotyków zdaje się wiele tłumaczyć. W końcu nawet stonowani Japończycy w trakcie rozkwitu wiśni potrafią zrzucić marynarkę i pić whisky pod chmurką w parku przez cały dzień. A dzień w szwedzkiej Harga jest dość długi, bo w północnej Skandynawii słońce potrafi nie odpuszczać przez całą dobę, co wpływa na psychikę równie mocno, jak halucynogenne herbatki serwowane turystom.

Po sielankowym przyjęciu następuje jednak czas na pierwsze pogańskie obrządki, które wiążą się z lokalną religią, kulturą i cyklem życia odwzorowującym cztery pory roku. W tym przypadku, jesteśmy świadkami zakończenia zimy, a przy okazji doświadczamy idei komunalnego przeżywania cierpienia w dwóch różnych reakcjach mieszkańców na „pogrzeby” członków ich społeczności, kiedy jeden umiera bezboleśnie, a drugi wymaga ich pomocy w odejściu. Idei, która tak bardzo odbije się później na głównej bohaterce i doprowadzi do jednej z najbardziej emocjonalnych scen filmu, którą wcale nie jest jego widowiskowy finał, a wspólny lament i krzyki grupy kobiet w stodole. W tej chwili Dani dzieli się częścią swojego bólu i znajduje w końcu kogoś, kto zechce udzielić jej ukojenia w cierpieniu i ukaże odrobinę zrozumienia.

Wyczytałem gdzieś, że stare legendy z Rusi Kijowskiej opowiadały o niedźwiedziu, jako człowieku otulonym przez ciało bestii, czego przyczyną miał być grzech śmiertelny. Jeśli to prawda to wiele z tego odbija się w końcowych wydarzeniach. Ludzie, którzy giną po drodze są głównie statystami i przeszkodą w dokonaniu wyboru. Muszą zostać usunięci z równania przed najważniejszą decyzją. Podobnie jak zwodniczy głos Christiana, którego kłamstwa tak łatwo były wybaczane (scena z ciastem i świeczką, miód), a jego lekceważące traktowanie partnerki musiało zostać ukarane. W tym samym czasie, kiedy Dani przeobraża się w królową z kwiecistą koroną na głowie, wokół której wszystko się kręci i dosłownie wiruje, on gnije niczym stare mięso na stole otoczone przez muchy, które wyczuły padlinę. Ostatecznie kolejny raz stajemy się świadkiem zamiany miejsc, ale tym razem trwało to dłużej i wymagało sporo mistycyzmu, run, tańców, morderstw i ofiar. Tym razem kobieta z kwiatami we włosach staje nad niedźwiedziem.

Ari Aster wspominał o wielu filmach, które inspirowały go w trakcie tworzenia, ale najbardziej uderzyło mnie przywołanie ‚Dogville’ Larsa von Triera. Faktycznie, to idealny przykład cierpliwego budowania chorych relacji wokół kobiety, która szuka pomocy, co ostatecznie doprowadza do masowego mordu, który w oczach widza jest usprawiedliwiony. W ‚Midsommar’ jest podobnie, bo przy całym wrzasku tłumu zgromadzonego przed wielkim ogniskiem i tragicznym losie tych w jego wnętrzu, satysfakcja z emocjonalnego zwycięstwa głównej bohaterki bierze górę, wywołuje uśmiech na twarzy i pozwala uronić delikatną łezkę.

Wielką rolę w malowaniu tej wizji lęków kierujących w stronę szaleństwa i fanatyzmu miał autor zdjęć Paweł Pogorzelski, który współpracuje kolejny raz z Asterem. Przepełnione pastelowymi barwami i wręcz błyszczącą bielą, która nadawała aury kostiumom, ujęcia z wykorzystaniem pełnego dziennego światła pozwoliły wykreować jeden z najjaśniejszych horrorów w historii kina. Oby panowie pracowali ze sobą jak najdłużej i dawali nam, widzom jak najwięcej takich perełek.

Ocena: 8/10

Spider-Man: Daleko od domu

Dobrze, że Spider-Man wraca do domu, bo wycieczka do Europy mu nie wyszła. Reżyser Jon Watts miał bardzo wysoko postawioną poprzeczkę zarówno przez siebie i ‘Homecoming’, jak i wszystko, co działo się z pajęczą postacią w ostatnich miesiącach w kinie, a mianowicie ‘Endgame’ oraz rewelacyjna animacja, zwycięzca Oskara, ‘Into the Spiderverse’. Niestety, ‘Daleko od domu’ plasuje się gdzieś na końcu tej stawki. Premiera filmu zbiega się w czasie z amerykańskim Dniem Niepodległości i może, dlatego fajerwerki przyćmiły tutaj jakikolwiek rozwój postaci, emocje czy próbę podjęcia aktualnego tematu.

Film zaczyna się przybliżając widzowi realia po przywróceniu „znikniętych” ludzi do życia i zderzenia z rzeczywistością po 5 latach, które minęły na Ziemi. Organizowane są spotkania dla osób, które pojawiły się w dziwnych okolicznościach w swoich domach i same przeżyły szok lub spowodowały go u innych. Umiejętnie wplatane są drobne detale podkreślające charakterystykę tych specyficznych czasów jak fakt, że data urodzenia w dowodzie wcale nie świadczy o wieku.

W Midtown High School uczniowie przygotowują się na wycieczkę do Europy, a Peter ma nadzieję odpocząć od ratowania świata, zostawić kostium w domu i skupić się na zbliżeniu do MJ, co skrupulatnie planuje. Ten wątek jest najbardziej interesującym z całego filmu, bo umożliwia obserwację chemii między dwójką licealistów, ich relacji z przyjaciółmi i daje wiele powodów do śmiechu. Tom Holland jest w filmie równie zabawny, jak w wywiadach go promujących w parze z Gyllenhaalem, a pomaga mu w tym Jacob Batalon grający Neda. Natomiast Watts po raz kolejny przejawia wielki talent w ukazywaniu na ekranie dramatów i miłosnych przygód nastolatków. Jest tu miejsce na porządną komedię romantyczną w scenerii europejskich stolic i granicach MCU. Problemem są wspomniane fajerwerki, które nie pozwalają na głębsze wejrzenie w młodzieńcze związki i dosłownie chwilę po przylocie do Wenecji jesteśmy świadkami pierwszego ataku. Najbardziej mi żal Zendayi, której postać wydaje się skrywać dużo więcej niż jest nam pokazywane.

Ciężko inaczej nazwać sceny akcji przed teoretycznym twistem niż fajerwerki, bo świadomość tego, co nadchodzi odbiera zupełnie wagę tym wydarzeniom. Twist to z resztą jest żaden dla kogokolwiek, kto kiedyś trafił na postać Mysterio, ale też dla każdego, kto widział wcześniej film, gdzie tego typu bohater się pojawia (MIB: International ostatnio). Zaufanie, jakim Nick Fury darzy postać graną przez Gyllenhaala sprawia, że inne wielkie odsłonięcie tajemnicy też nie dziwi, a umiejscowienie tej sceny po napisach bardziej frustruje niż wynagradza. Szczerze mówiąc, mam problem z wyobrażeniem sobie innego aktora, który udźwignąłby tą rolę, a przede wszystkim jedną konkretną scenę, która jest wielką ekspozycyjną kupą, a nie śmierdzi jedynie dzięki jego charyzmie. W przeciwieństwie do czarnego charakteru Keatona z pierwszej części tej iteracji Spider-Mana, nie widzimy i nie czujemy emocji, którymi kieruje się Mysterio, a w zamian zostaje to we wspomnianej scenie wytłumaczone, co nigdy nie działa równie skutecznie.

Jak w każdym filmie Marvela, tak i w ‚Daleko od domu’ jest mnóstwo perełek dla fanów komiksów i marki. Cała sekwencja w magazynie przywołuje wspomnienia animowanej serii i realizuje przynajmniej moje wyobrażenie walki Mysterio z Peterem. Happy używający tarczy w stylu Kapitana Ameryki to idealny przykład żartu, na który można sobie pozwolić po dwudziestu filmach. Przewija się również wątek Starka, który jednak mam nadzieję został wyczerpany. Ile można ujeżdżać postać Parkera z wędką, na której zamiast marchewki są buty idola, w które powinien się zmieścić.

Nie mogę powiedzieć, że spędziłem źle czas w kinie, ale na pewno akcja nie wciągnęła mnie tak, jakbym sobie tego życzył. Wyszedłem z odczuciem, że kosztem rozbudowania postaci ten epizod został potraktowany, jako łącznik między fazami uniwersum MCU, co sceny po napisach tylko podkreśliły.

Ocena: 5/10