Hagazussa

Co ja właśnie obejrzałem? Obejrzałem perełkę wśród horroru i jestem pełen zachwytu. Perełkę schowaną głęboko na dnie, bo zanim o filmie dowiedziałem się z podcastu, nie miałem pojęcia o jego istnieniu, mimo że miał okazję zagościć w Polsce na festiwalu Splat Filmfest w grudniu zeszłego roku. Chodzi o ‚Hagazussa’, który nie tak dawno miał amerykańską premierę, po czym trafił na ichniejsze platformy streamingowe. Żyję od teraz pełen nadziei, że pojawi się i u nas, bo jest to czyste złoto i gratka dla fanów gatunku.

Tytuł wywodzi się ze starego języka niemieckiego i odnosi się do wiedźm i czarnoksięstwa, które tym mianem określano w XV wieku, głównie w trakcie polowań w Szwajcarii i południowo-zachodnich Niemczech. W takiej rzeczywistości witają nas kobiety, matka i córka, żyjące w skromnej chatce w austriackich Alpach. Szybko dowiadujemy się, że lokalne społeczeństwo uważa je za wiedźmy. Starsza z nich choruje i umiera w dziwnych okolicznościach, a młodsza Albrun zostaje sama. Wracamy do niej wiele lat później w tym samym miejscu, gdzie żyje z opieki nad kozami i sprzedażą ich mleka. Dorobiła się własnego dziecka, chociaż podobnie jak w akcie pierwszym, ojca nie ma. Nie mamy pojęcia jak przetrwała tyle lat w tak odosobnionym miejscu, w tak niesprzyjających warunkach klimatycznych i społecznych. Trauma dzieciństwa pojawia się od czasu do czasu pod postacią głosów matki dobiegających z ciemności. Podobnie jak ona jest szykanowana, wyśmiewana, wyzywana od wiedźm. Nastolatkowie rzucają w nią kamieniami. Kiedy napotyka kobietę w swoim wieku, która wyciąga pomocną dłoń tak chętnie jej ufa, że nie przeczuwa zbliżającej się zdrady i tragedii, która może, ale wcale nie musi wyjaśniać pochodzenia jej dziecka.

Reżyser nie daje nam łatwych odpowiedzi. Pokazuje i ukrywa elementy oraz łączy kadry tak, żeby widz miał wątpliwości. Zupełnie jak główna bohaterka, która ostatecznie, będąc odrzuconą i wykorzystaną przez wszystkich, przyjmuje w pełni nadany jej tytuł wiedźmy i zaczyna się zachowywać jak na wiedźmę przystało. Przemiana wyzwala w niej najgorsze odruchy i uczucia, poczynając od zemsty, przez narkotyczne i psychodeliczne wizje, aż po kanibalistyczne rytuały. Nigdy nie jesteśmy pewni czy prezentowane wydarzenia są efektem jej czarów, są dziełem przypadku lub wytłumaczalnego naukowo działania. W scenie, w której pali się ciała winę ich śmierci można zrzucić zarówno na czary, jak i na dżumę lub efekt poczynań Albrun, które są pokazane w sposób jednocześnie odrażający i przyciągający wzrok. Takich scen w ‚Hagazussa’ jest wiele. Chociażby erotyzm, z jakim oddano moment dojenia kozy jest równie niepokojący, ale idealnie spełnia swoje zadanie w filmie.

Folkowa baśń jest przesiąknięta feministycznym komentarzem społecznym na temat ostracyzmu i wrogości w stosunku do jakiegokolwiek przedmiotu nienawiści zidiociałej grupy omamionej religijną doktryną. Nie jest to jednak główne zadanie filmu, bo przypisałbym mu zdecydowanie bardziej liryczny charakter, któremu bliżej do halucynacji i badaniu przerażającej psychiki poszkodowanego niż świadomego manifestu.

Śmiało można wypowiedzieć na głos to, co każdemu przychodzi do głowy. To ‚The Witch’ w wersji przetrawionej przez kulturę, historię i krajobraz naszych sąsiadów, ale w trochę bardziej powolnym i medytacyjnym klimacie i ze zdecydowanie mocniejszymi ciosami wizualnymi wyprowadzonymi w kierunku odbiorcy. Tak samo jak Eggers, Lukas Feigelfeld zalicza udany debiut reżyserski, którego ‚Hagazussa’ była projektem na zakończenie szkoły filmowej w Berlinie. Zdjęcia, za które odpowiedzialny był współpracujący wcześniej z Feigelfeldem przy krótkich metrażach Mariel Baqueiro zapierają dech w piersiach, a doświadczanie zmian pór roku na tle przepięknie ośnieżonych lub zazielenionych alpejskich zboczy świetnie komponuje się ze zmianami wewnętrznymi bohaterki. Wisienką na torcie jest psychodeliczna muzyka greckiej grupy MMMD (aka Mohammad), której nie śmiałbym zamknąć w ramy pojedynczego gatunku.

Polecam z całego serca.

Ocena: 9/10

Jestem Matką

W weekend premierę na polskim Netflixie miał tytuł ‚I Am Mother’, thriller science-fiction i debiut reżyserski pana Granta Sputore. Kolejna wyczekiwana przeze mnie pozycja z tegorocznego festiwalu Sundance, która trafia na nasz rynek. Film opowiada historię dziewczynki wychowywanej przez robota ‚Matkę’, zamkniętych w schronie i ukrywających embriony przed niebezpieczeństwami świata zewnętrznego. Świata, do którego upadku doprowadziła wymarła rasa ludzka. W oryginalnej wersji językowej świetnie sobie radzi Rose Byrne z podkładaniem głosu pod androida. Sam projekt robota, jak i wizualne aspekty całego ośrodka, w którym toczy się akcja są bardzo przyjemne dla oka i wiarygodne dla widza, co pomaga skupić mu się na faktycznym przedmiocie badań, czyli relacjach na linii matka-dziecko.

Początkowo wychowanie idzie zgodnie z planem, dziecko się rozwija, uczy i dorasta. Przychodzi jednak moment, kiedy w jej głowie i sercu rodzi się potrzeba interakcji z drugim człowiekiem, kimś, kogo żaden robot nie zastąpi. Nawet Matka, która ją wychowywała przez tyle lat. Odpowiedź na jej nowe pragnienie pojawia się jak na zawołanie. Do drzwi ośrodka puka kobieta szukająca schronienia (w tej roli Hilary Swank), a której opowieści o tym, co dzieje się za murami tego budynku podważają zaufanie młodej dziewczyny do Matki. Tutaj muszę wcisnąć porównanie obrazu pola na zewnątrz do ‘Chochołów’ Wyspiańskiego. Podobieństwo uderzające. Córka ostatecznie musi stanąć przed wyborem. Czy uwierzyć drugiemu człowiekowi z krwi i kości, w którego żyłach płynie gorąca krew czy też pozostać wiernym maszynie?

Imienia córki nie znamy, bo posługuje się kodem, który jest dość istotny, jeśli ktoś drobiazgowo śledzi wydarzenia w filmie i stara się rozgryźć zagadkę przed jego finałem. Uwagę przykuwają również informacje i cyfry wyświetlane na ekranie w trakcie początkowej sceny, więc radzę nie przegapić. Kiedy połączymy jedno z drugim, można śmiało przewidzieć przebieg kolejnych zdarzeń, a zachowania bohaterów nabierają większego sensu. Niestety brakuje w filmie dramaturgii, co moim zdaniem jest spowodowane brakiem wyraźnych czynników mających wpływ na postawę robota. Jeśli coś pójdzie nie tak, zawsze może obudzić nowy zarodek i zacząć od nowa. To z kolei zmniejsza emocjonalny efekt zarówno tych drobnych odkryć fabularnych w trakcie seansu jak i całego procesu przemiany dokonującej się w dziewczynie pod wpływem nowych doświadczeń.

‚I Am Mother’ to zdecydowanie niewykorzystany potencjał, bo pomysłów na dobry film jest tutaj więcej niż jeden i to każdy w tym samym środowisku, z tymi samymi postaciami i ubrane w to samo wizualne opakowanie. Autor nie był w stanie się skupić na konkretnym temacie. Szok, jaki spotkanie z drugim człowiekiem w takich warunkach mogło wywołać w bohaterce. Pytanie ile rodzic zataja informacji o świecie w trakcie wychowywania dziecka i z biegiem czasu te informacje ujawnia. Posługiwanie się drugą osobą, jako narzędziem służącym do zwalczania uczucia samotności. Ciekawych wątków jest sporo. Film jednak traci moje zainteresowanie, kiedy stara się mieszać w głowie bardziej mi niż swojej bohaterce, bo im bliżej poznajemy intencje przeciwnych stron, tym bardziej stają się one jednowymiarowe i przypominają pionki w grze. W grze, której wynik znamy. Za daleko to jabłko upadło od drzewa, na którym Alex Garland wyrył niedawno ‚Ex Machina’, żeby je uznać za pyszne, twarde i słodziutkie, ale nadal jest wystarczająco świeże, żeby się nim posilić.

Z racji tego, że film jest dostępny na Netflix to mimo wszystko polecam, bo na pewno nudzić się nie będziecie. Każdy znajdzie coś dla siebie, ale też nikt spełniony po tym seansie raczej się nie poczuje.

Ocena: 5/10

Godzilla 2: Król Potworów

Autor tytułu do najnowszej edycji filmów z serii o gigantycznym, radioaktywnym kaiju naprawdę niewiele się pomylił, bo ‚Godzilla 2: Król Potworów’ to król potwornych filmów akcji/scifi. Seans był ciężki do zniesienia i jeśli mam być szczery, a taki mam zamiar to wytrwałem do końca tylko dlatego, że byłem z kimś umówiony pod kinem. Być może szczęśliwie, bo im dalej w las tym proporcje akcji do ekspozycji są bardziej znośne.

Część z Was widziała w zeszłym roku ‚The Meg’. Podobieństw jest mnóstwo i niestety nie jest to komplement, bo najnowsza produkcja Legendary Pictures powiela wszystkie błędy obrazów tego gatunku. Film trwa 132min.! Dwie godziny, dwanaście minut! Jak na kompletny brak pomysłu na opowiedzenie historii, ten czas jest zupełnie niezrozumiały. Pierwszy akt jest w zasadzie do pominięcia albo do zrealizowania w 5min, a ciągnie się i ciągnie jak flaki z olejem. Przewaga scen, w których bohaterowie chodzą po korytarzach, siedzą w salach konferencyjnych, naradzają się lub prowadzą wideokonferencje w porównaniu do scen akcji, które są dla widza zrozumiałe jest zatrważająca. Póki walczą ze sobą potwory nie jest źle. Problem pojawia się, kiedy do tej walki włączają się postaci ludzkie. Kamera się trzęsie, jest ciemno, a moje oczy nie nadążają nad ilością cięć. Czułem się zagubiony, zmuszony wręcz agresywnie do wyłączenia się z tego, co się dzieje na ekranie, a w efekcie nudziłem się w równym stopniu, co w trakcie wspomnianych wcześniej posiedzeń i dyskusji przy okrągłych stołach otoczonych panelami, sonarami i różnej maści elektroniką.

Niektóre postaci są tak bezużyteczne, że w ogóle można je wyciąć. Patrz Sally Hawkins lub O’Shea Jackson czy nawet Ziyi Zhang. Główni bohaterowie prowadzą rozmowy i zachowują się w taki sposób, że kompletnie mi nie zależało na tym czy przeżyją czy jednak pożrą ich potwory, najlepiej w podobny sposób do pamiętnej śmierci asystentki z ‚Jurassic World’. Relacje zbudowane między członkami rodziny Russell i pracowników Monarch są tak płytkie i bazują na takiej ilości one-linerów, że kolejne sceny w filmie prowokują moje powieki do powolnego opadania i odpłynięcia w stronę krainy, gdzie ‚Godzilla’ Rolanda Emmericha wyłania się na prowadzenie przed tym, co serwuje mi właśnie Michael Dougherty. To mówi wiele.

Przejdźmy do tego, co jest dobre, a są to momenty destrukcji miast i otoczenia w trakcie starć wielkich monstrów. Ba, są nawet sceny, którym przyznałbym miano perełek jak ta, w której obraz Godzilli nacierającej na Ghidorah odbija się w oknach drapacza chmur lub cała sekwencja pościgu z Rodanem. Kiedy tak się nad nimi zastanowię, nie przypadkiem wybrałem te konkretne. Cała reszta była do zobaczenia w zwiastunie i od razu zaznaczę, że powstrzymywałem się przed oglądaniem ostatnich materiałów promocyjnych. W związku z tym znowu nudziłem się. Jest jeszcze jeden moment, który na samą myśl sprawia, że mam ciary i włosy na rękach stają dęba, co może jest bardziej zasługą całego dorobku kinowego tej serii, ale fakt pozostaje faktem. Chodzi oczywiście o ścieżkę dźwiękową i wykorzystanie oryginalnego motywu przewodniego.

Podsumowując, za dużo agresywnej głupoty i scenariusz pisany na kolanie niestety nie pozwalają wczuć się w akcję filmu, czego następstwem jest brak lub mały stopień frajdy z chwil, kiedy coś faktycznie dzieje się na ekranie. Odradzam wydawania pieniędzy na bilet.

Ocena: 2/10

Królowa Kier

‚Tylko nie mów nikomu’ to tytuł głośnego w Polsce filmu dokumentalnego Tomasza Sekielskiego, który poruszał temat pedofilii w Kościele. To również hasło pojawiające się wielokrotnie w trakcie wspomnień ofiar wykorzystanych seksualnie przez księży. Oglądając ‚Królową Kier’ nie da się powstrzymać od skojarzeń, bo podobieństwa są ogromne, chociaż akcja dzieje się w pięknym domu, wśród kochającej się i na pozór szczęśliwej skandynawskiej rodziny. Ważnym podkreślenia jest fakt, że za scenariusz i reżyserię filmu odpowiadają kobiety. Dlaczego? Dlatego, że to kobieta jest w nim stawiana w roli napastnika.

Anne, Petera i ich dwie córki poznajemy w momencie, kiedy postanawiają przyjąć do domu Gustava, syna Petera z poprzedniego małżeństwa. Dowiadujemy się tyle, że matka ma z nim problemy wychowawcze, wyrzucają go z kolejnych szkół i chce oddać go do szkoły z internatem, więc przeprowadzka ze Sztokholmu do duńskiej rodziny jest jego ostatnią deską ratunku. To pierwszy sygnał, że Gustav ma problemy w kontaktach społecznych, a jest ich więcej. Z jednej strony buduje się na naszych oczach postać tajemniczego i skrytego młodego mężczyzny. Z drugiej patrzymy na niego oczami kobiety w średnim wieku, której mąż nie spełnia potrzeb seksualnych, a w jej domu pojawia się atrakcyjny chłopak. Napięcie rośnie krok po kroku. Ona przyłapuje go w jego pokoju z odkrytą klatką piersiową po wyjściu spod prysznica. Innym razem rzuca się na niego w trakcie zabawy w wodzie i nawiązuje pierwszy kontakt cielesny. Kiedy Gustav przyprowadza do domu koleżankę, Anne upewnia się, że jej nowy współlokator jest już aktywny seksualnie. Pijana w barze całuje go w usta i to ona wchodzi w nocy do jego pokoju w konkretnym celu i z misją, którą wykonuje nie zastanawiając się nad konsekwencjami.

A konsekwencje przychodzą. Anne musi się uporać z wielką tajemnicą i robi to w sposób okrutny, godny nazwania ją jednym z najczarniejszych kobiecych charakterów kina ostatnich lat. Gustav z kolei walczy ze swoimi emocjami, będąc w sytuacji, której sam nie do końca rozumie. Świetnego kontrastu dostarcza nam życie zawodowe głównej bohaterki, a także jej własne doświadczenia z dzieciństwa, do których widz może się dokopać, zbierając wskazówki w trakcie seansu. Jest prawniczką zajmującą się sprawami przemocy fizycznej i seksualnej, głównie nieletnich. Ma pełną świadomość tego, jaką krzywdę wyrządza swoim zachowaniem, co sprytnie jest podkreślane przez częste użycie odbić lustrzanych w filmie i kompletnie zaprzecza wypowiedzi jednej z ofiar, która broniąc własnego ojca używa właśnie argumentu braku świadomości. Takich powiązań pomiędzy pacjentami a jej sytuacją jest więcej i można je dostrzec zarówno w akcji jak i konkretnym doborze słów bohaterów, co moim zdaniem jest bardzie ciekawe z psychologicznego punktu widzenia. Te słowa nigdy nie są przypadkowe i dlatego przypominają m.in. dokument wspomniany na początku. Doświadczenie Anne w tej materii daje jej również odpowiednie narzędzia do poradzenia sobie z problemem.

Film porusza również problem tego, ile jesteśmy w stanie poświęcić dla ideału rodziny, powtarzaniu krzywd, których sami doświadczamy czy stawiania na szali dobrych i złych uczynków, ale według mnie są one tylko tłem dla przedstawionego wątku.  Mimo, że klimat jest typowo skandynawski, wręcz surowy to ogląda się to wszystko bardzo dobrze. Drobne różnice pomiędzy bliźniaczkami w ich zachowaniu, na pierwszy rzut oka nieistotne, wzbogacają obraz i mam wrażenie, że pozwalają widzowi uwierzyć w rodzinę, którą obserwuje na ekranie. Sceny seksu są bardzo wyraziste, więc jeśli to uderza w czyjąś wrażliwość to ostrzegam, że są zbliżenia na członka, piersi, kobiece łono. Ta atmosfera może bardziej pomaga w studiowaniu zachowań bohaterów niż buduje dramaturgię i wyzwala wielkie melodramatyczne emocje, ale jak to zawsze bywa, każdego dotyka coś innego. We mnie najbardziej uderzyła scena, w której w domu pojawia się pies. Nie mam zamiaru zdradzać kontekstu, ale aż mnie coś w sercu ukłuło.

Polecam mocno. Idźcie do kina. Film wygrał nagrodę publiczności na tegorocznym festiwalu Sundance.

Ocena: 8/10

Chyba Na Pewno Ty

Reprezentacja w kinie, jak w każdej innej branży i dziedzinie życia jest ważna, ale istotne jest, żeby szła ona w parze z jakością. W przypadku ‚Chyba Na Pewno Ty’ dzieje się tak nie chyba, ale na pewno.

Nowy film Netflixa w reżyserii Nahnatchki Khan nadrabia sztampowość konstrukcji komedii romantycznej swoim humorem i niezwykłą chemią dwóch głównych bohaterów granych przez komików/aktorów Randalla Parka (Marcus) i genialną Ali Wong (Sasha). Prawdą jest, że historii o dziewczynie z sąsiedztwa, miłości z dzieciństwa, która osiąga sukces i wraca w rodzinne strony tylko po to, żeby wzbudzić stare uczucie mieliśmy mnóstwo. Nigdy jednak w takiej obsadzie i w takim środowisku, a przy tym skierowanym do masowego widza, bo w błędzie jest ten, kto chce porównać ten film do ‚Bajecznie Bogatych Azjatów’. W przeciwieństwie do zeszłorocznego hitu, ‚Chyba Na Pewno Ty’ to zdecydowanie skromniejsza opowieść. Owszem, kobieca postać obraca się w wyższych sferach, jest bardzo majętna i występuje wątek zderzenia dwóch światów, ale nigdy nie oddalamy się za bardzo od rdzenia, którym jest miłość łącząca tą wspaniale wykreowaną parę. Nie wydaje mi się, żeby było to możliwe do zrealizowania gdyby nie różnorodność narodowościowa z jednej strony, a z drugiej spora ilość postaci pochodzenia azjatyckiego, co pozwala Sashy i Marcusowi na wtopienie się w ten świat, jako jego naturalne elementy. Przestają być „tymi koreańskimi bohaterami”, a stają się po prostu bohaterami.

W tych kilku scenach, kiedy postać Parka poznaje z bliska życie i zwyczaje swojej pierwszej miłości pojawia się Keanu Reeves, który gra samego siebie, a może powinno się powiedzieć, że gra zbiór wyobrażeń fanów na jego temat. Poeta, intelektualista, romantyk, kaskader, bohater kina akcji z wiecznym błyskiem w oku. Jest wszystko, cały pakiet. Każda scena, w której występuje to jest czyste złoto. Jeśli ktoś nie jest fanem komedii romantycznych to tylko dla tych fragmentów warto obejrzeć.

Podszedłem do seansu bez wielkich oczekiwań i świetnie się bawiłem, a nawet w scenie finałowej uroniłem łzę. Mam wręcz ochotę obejrzeć film jeszcze raz, choćby dziś. Polecam. Idealna pozycja na wieczór we dwójkę przed telewizorem.

Ocena: 6/10

Sekretne Życie Zwierzaków Domowych 2

‚Sekretne Życie Zwierzaków Domowych’, które miało premierę w 2016 roku ciężko nazwać sukcesem pod kątem kreatywnym. Inspirację w postaci ‚Toy Story’ widać jak na dłoni. Wbrew pozorom zamiana zabawek na zwierzęcych pupili w wielkim mieście pozwala na naprawdę wiele w tworzeniu nowego świata z własnymi zasadami i ciekawymi postaciami. Niestety, te możliwości nie zostały w pełni wykorzystane i według mnie oryginał wypadł blado. W porównaniu do najnowszego sequela jest to jednak ogromna pochwała. Problemy ‚Sekretne Życie Zwierzaków Domowych 2’ są dużo większe. Głupota jest wręcz agresywna.

O dziwo, film zaczyna się całkiem nieźle, a przynajmniej ma się takie wrażenie w chwili oglądania. Max, nasz główny bohater, narzeka na zachowanie dzieci w parku i szybko przechodzimy od tego stanu rzeczy przez poznanie miłości jego pani, ciążę, narodziny bobasa, początkowy brak porozumienia na linii pies-dziecko, by ostatecznie pokazać kiełkującą, wspaniałą więź, która ich połączy. To wszystko zamyka się w pierwszych 5-10 minutach i będąc w kinie, byłem zadowolony, że sprawnie przeszliśmy przez ten okres i od teraz zajmiemy się czymś ciekawszym. Po seansie mam wrażenie, że historia dorastania dziecka w domu i budynku pełnym zwierząt mogło być lepszym pomysłem na cały obraz niż to, co otrzymałem w zamian.

Skoro jesteśmy przy ciąży i dzieciach to trzeba zaznaczyć, jaki świat został wykreowany przez twórców, a jest to świat pełen stereotypów na temat męskości, kobiecości i ról płci w społeczeństwie, które mają swoje odzwierciedlenie w relacjach zwierząt. Tak samo, jak właścicielka głównego bohatera poznała mężczyznę i urodziła dziecko, tak samo suczka, do której Max zwraca się o pomoc, marzy jedynie o poślubieniu go, założenia z nim rodziny, opieki nad dzieckiem i nie cofnie się kompletnie przed niczym w drodze do tego celu. W przypadku płci przeciwnej mamy psa, który wyjeżdża z miasta na wieś i zderza się z surową rzeczywistością mieszkania na farmie, gdzie ciężko mu się odnaleźć po latach spędzonych w centrum Nowego Jorku. To naturalne. Tak samo naturalne jest to, że można mieć problemy psychiczne, depresję i leczyć się u terapeuty, a każdego, kto ma siłę, żeby się do tego przyznawać i podejmować kroki w kierunku zdrowia należy pochwalić. Prawda? No cóż, nie tutaj. Owczarek imieniem ‚Kogut’ z pogardą patrzy na słabszego psa, który reaguje strachem nie tylko na nowe otoczenie, ale również na zagrożenia czyhające na dziecko swojej pani, czyli nowego kompana życia i zabaw. Postawa wiejskiego psa tak bardzo przypomina wszystkich ludziom w prawdziwym świecie, którzy twierdzą, że z depresji wystarczy się otrząsnąć jak z kurzu, zacząć myśleć pozytywnie i wszystko będzie dobrze. W kolejnych scenach samiec-alfa udowadnia Maxowi, że prawdziwy mężczyzna musi być stanowczy, odważny i sam nawet podkreśla, że czasami tą odwagę trzeba udawać, kiedy się tak naprawdę boisz. To wszystko w imię pozycji i postrzegania przez innych jako autorytet. Przekaz jest według mnie fatalny, a cały ten pseudo-trening ma na celu jedynie umożliwienie podjęcia pewnych wyborów fabularnych bohaterów i kompletnie zapomina o dydaktycznej funkcji bajki.

To, o czym również zapomnieli autorzy scenariusza, to jak opowiedzieć historię w sposób płynny i spójny. Od momentu, kiedy Max wyjeżdża z Nowego Jorku, czyli na początku filmu, akcja jest wiecznie chaotyczna i podzielona na trzy niepowiązane ze sobą wątki, między którymi skaczemy bez ładu i składu, a finał kompletnie tego nie wynagradza. Kiedy do niego dochodzi jesteśmy już tak zmęczeni i obojętni na losy bohaterów, że odliczamy tylko czas do końca seansu. W kinie siedziała obok mnie mała dziewczynka, która mniej więcej po godzinie pytała mamy jak długo jeszcze film będzie trwał, będąc przy tym wyraźnie znudzoną. Jej reakcja jest tym bardziej przykra, że przed seansem była pełna energii. ‚Sekretne Zwierzaki’ zwyczajnie zniecierpliwioną. Człowiek ma wrażenie, że ogląda trzy krótkie metraże, które ktoś pociął w losowych miejscach, wymieszał i oddał komuś do posklejania.

Najlepszym elementem nowej produkcji Illumination jest postać Daisy, czyli debiutant w serii. Jej wątek z czarnym bohaterem pierwszej części, Tuptusiem, który teraz uważa się za superbohatera (oczywiście…) jest moim zdaniem najbardziej interesujący, a może po prostu najmniej irytujący, bo skupia się na czystej akcji i przygodzie, gdzie ciężko jest coś spieprzyć pod kątem ideologicznym.

W trakcie napisów końcowych pokazywane są śmieszne filmiki piesków i kotków z YouTube, więc jeśli masz Unlimited wpadnij na ostatni kwadrans. W przeciwnym wypadku, nie polecam. Zawiodłem się, bo widząc niewykorzystany potencjał pierwszej części, miałem nadzieję na poprawę.

Odpowiadając autorom plakatu: Don’t worry. I didn’t laugh at all.

Ocena: 3/10