Brightburn

Kosmiczna kapsuła ląduje w Kansas na farmie młodego małżeństwa starającego się o dziecko, a w niej niemowlak. Mały chłopczyk, którego para postanawia zatrzymać i wychować jak swoje. Z wiekiem okazuje się, że przybysz z obcej planety przejawia pewne specjalne zdolności. Brzmi znajomo? Oczywiście, bo to początek każdej historii o Supermanie, których w komiksach i w kinie mieliśmy już wiele wersji. ‚Brightburn’ wywraca tę historię do góry nogami i zadaje pytanie, co by się stało, gdyby Superman przybył na Ziemię z mniej pokojowymi zamiarami. To pierwsza próba odwrócenia roli superbohatera w nowoczesnym kinie. Takie zabiegi pojawiały się często w komiksach. Jedną z najciekawszych wersji herosa z literką ‚S’ na piersi jest moim zdaniem ‚Red Son’, gdzie Clark Kent nie ląduje w Stanach, ale w ZSRR na początku Zimnej Wojny. Bardzo możliwe, że takie podróże w bok staną się popularne ze względu na pozytywny odbiór produkcji pokroju ‚Spiderman: Into the Spiderverse’, co pozwala twórcom na zabawę w alternatywne wersje wszechświata.

W ‚Brightburn’ dość szybko przekonujemy się, że młody Brandon Breyer ma problemy z odnalezieniem się w grupie rówieśników. Bardzo karykaturalne i stereotypowe postaci kolegów szkolnych służą wyłącznie do znęcania się nad chłopcem i uruchomienia trybików nienawiści i rewanżu w jego umyśle. Ten zamyka się w sobie, skupia na nauce anatomii ludzkiego ciała, ekosystemu insektów, gdzie znajduje odpowiedzi na nurtujące go egzystencjalne pytania. Kiedy uświadamia sobie, do czego jest zdolny, natychmiast stawia się na szczycie łańcucha pokarmowego i pozbywa jakiegokolwiek szacunku do słabszych, których traktuje jak robactwo. Niezależnie od wieku i pozycji społecznej.

Żałuję, że film nie skupia się bardziej na tej części psychologicznej przemiany bohatera, bo pole do popisu jest. Znajdujemy się w końcu w słabo rozwiniętym ekonomicznie obszarze kraju, na co świetnie zwracają uwagę twórcy drobnymi detalami wizualnymi. Chłopiec jest adoptowany i świadomy tego. To wszystko w połączeniu z problemami dojrzewania i życiem szkolnym i towarzyskim nastolatka buduje idealny fundament pod rozwinięcie cech charakteru bohatera, które sprowadzają go na mroczną ścieżkę. Mam wrażenie, że w takiej sytuacji morderstwa miałyby troszkę mocniejszy wydźwięk, szczególnie te dokonywane na teoretycznie bliższych mu osobach. Niestety, tego nie ma albo jest bardzo mało, bo Brandon przeobraża się przez magiczne oddziaływanie na niego statku, w którym przybył, a który rodzice postanowili schować pod stodołą. Obiekt go przyzywa do siebie i tłumaczy, że musi podbić świat. Zabieg jest prosty, ale wybaczam ze względu na czas trwania filmu. Zawszę szanuję decyzję, żeby zamknąć historię w 90 minutach.

Czym nadrabia ‚Brightburn’? Nadrabia byciem porządnym slasherem, bo do tego się w końcu sprowadza. Przemocy, krwi i paskudnych rozwiązań na zrobienie komuś krzywdy jest tutaj sporo. Był moment, w którym chciałem oderwać wzrok od ekranu. Ktoś postarał się, żeby dopieścić ten film również pod względem graficznym. Motywy znaku rozpoznawczego Brandona, jego logo stworzonego z dwóch odwróconych literek B, pojawiają się na przestrzeni całego obrazu. Kocyk, w którym został przyjęty, jako niemowlę i zrobił z niego ostatecznie swój strój z peleryną, ale także mniejsze elementy jak dekoracja ścian, ornamenty naczyń czy większe i bardziej oczywiste jak belkowanie bramy do stodoły, w której zamknięta jest jego kapsuła kosmiczna. Wszystkie te elementy korzystają w pewnym stopniu z logo Breyera, którego proces powstawania w filmie tak bardzo kojarzy mi się z nadawaniem ksywek bohaterom gier komputerowych przez graczy. Bohaterom, w których później się wcielają i wielokrotnie dokonują wyborów między dobrem i złem. Ten tok myślenia prowadzi oczywiście do zastanowienia się nad faktem, ilu z nas, posiadając takie moce też wybrałoby pozornie łatwe życie złoczyńcy. Film rezygnuje jednak świadomie z takich rozważań ze względu na to, o czym pisałem we wcześniejszym akapicie.

Efekty specjalne są na relatywnie odpowiednim poziomie, biorąc pod uwagę budżet wynoszący jedyne 6mln USD. Aktorsko jest w porządku. Nikt nie zachwyca. Nikt nie kłuje w oczy. Ciekawostką jest, że chłopiec grający głównego bohatera (Jackson A. Dunn) grał ostatnio w Avengers Endgame. Był jedną z wersji Scotta Langa, kiedy pojawiał się i znikał, jako dziecko, młodzik i starzec w trakcie prób podróży w czasie. Jeśli miałbym kogoś wyróżnić to Elizabeth Banks w roli matki, która wprowadza najwięcej emocji i ma najsilniejszą więź z Brandonem.
Film polecam każdemu, kogo w ogóle zainteresowało założenie fabuły i ma ochotę obejrzeć kilka brutalnych sposobów na zakończenie żywota, wykorzystując przy tym postać obdarzoną mocami superbohatera, których zazwyczaj na ekranie widujemy w odwrotnej roli lub w wersji PG.

Ps. Jest jedna scena, a raczej relacja kilku scen w tym filmie, które uważam za świetnie zbudowane, ale wiąże się to ze sporym spoilerem, więc tylko wytłumaczę, że chodzi mi o związek hasła „Take the world”, które wyryło się w świadomości Brandona, pewnego obrazka w zeszycie, gdzie widzimy jak strzela z oczu w planetę i sposobu, w jaki zabija pewną osobę jeszcze przed finałem.

Ocena: 5/10

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s