Słodki Koniec Dnia

W najbliższy piątek ogólnopolska premiera najnowszego filmu Jacka Borcucha pod tytułem ‚Słodki Koniec Dnia’. W rolach głównych Krystyna Janda i Kasia Smutniak. Mam nadzieję, że dla wielu widzów już same nazwiska będą odpowiednią zachętą, bo w tym wypadku zostaną nagrodzeni porządnym dramatem zbudowanym wokół postaci polskiej laureatki Nagrody Nobla w dziedzinie literatury, która przed wprowadzeniem stanu wojennego przeniosła się do Włoch, gdzie poznała przyszłego męża i osiadła na stałe.

W tej roli znakomicie sprawdziła się Janda, grając rolę tak często przypisywaną w kinie mężczyznom, pewna siebie, inteligentna, otoczona szacunkiem rodziny i ważnych osób toskańskiego miasteczka. Ludzie chcą się ogrzać w blasku jej talentu i pozycji. Do czasu. Do momentu, kiedy jej reputacja jest nieskazitelna. Maria czerpie z życia garściami. Uśmiecha się do mężczyzn, nie stroni od luksusu, cieszy się ze świeżej ryby na stole, z zabawy w łóżku z wnukami i pięknych zachodów słońca wśród prześlicznych toskańskich ogrodów. Słodkie są końce dni w tej malowniczej scenerii.

Zdjęcia same w sobie są warte wycieczki na ten seans. Przypomina się Bertolucci z jego ‚Ukrytymi Pragnieniami’ czy chociażby ostatnio ‚Tamte Dni, Tamte Noce’ Guadagnino. Te porównania nie przychodzą na myśl jedynie na widok przyrody, ale również w scenach kręconych wewnątrz domu, komisariatu, knajpki. Każdy kadr jest dopracowany z wielką dbałością i śmiało mógłby służyć, jako obrazek na ścianie. Za zdjęcia odpowiedzialny był Michał Dymek. Sfera wizualna świetnie współpracuje z muzyką, za którą odpowiedzialny był Daniel Bloom, a momentami możemy również usłyszeć utwory „wykurwistego” Franka Sinatry. Takie opakowanie ja lubię, szanuję i nigdy mi się nie znudzi, zarówno w życiu i w kinie.

Główną osią dramatu jest romans Marii z Koptem, który prowadzi skromną tawernę obok portu, a z którym nawiązała więź i porozumienie na poziomie emocjonalnym i artystycznym w przeciwieństwie do męża, którego oczywiście kocha, ale nudzi ją jego ciche stawianie kroków w starych kapciach i domyśleć się można, że nie chodzi jej dosłownie o dźwięk obcasa bijącego w drewno podłogi. Potrzebuje czegoś nowego. Po raz kolejny, schemat tak często wykorzystywany w przypadku postaci męskich. Stylóweczka Jandy przypomina mi tutaj Marcello Mastroianniego z filmów Felliniego, wiecznie noszącego ciemne okulary Prady. Cała ta jej zabawa w miłosne podchody odbywa się w okresie nasilenia problemów imigracyjnych w Italii. Pewnego dnia dochodzi do zamachu w Rzymie, gdzie na placu Popolo eksploduje bomba. Maria postanawia zabrać w tej sprawie głos podczas imprezy miejskiej, której jest główną atrakcją i odbiera nagrodę. Nie będę zdradzał więcej poza tym, że jej mowa wywołała ogromne kontrowersje, a agresywne zachowania w stosunku do obcokrajowców nasilają się we włoskim społeczeństwie.

Z resztą, wątek imigrantów i tolerancji jest dość łopatologicznie przedstawiony i pewnie skupi się na nim większość komentarzy. Szczególnie metafora z klatką, która jest pięknie zrealizowana, ale jednak mocno bezpośrednia. Nie będę dokładał kolejnej cegiełki. W związku z tym, bardziej mnie zainteresował aspekt, który przewijał się przez cały film i został zaakcentowany zaraz po ostatnim ujęciu wierszem na temat mgły. Wiersz wychwalający jej stan, która nie należy ani do ziemi, ani do nieba i nawet ona sama nie wie, gdzie jest jej miejsce. Pozwólmy jej dryfować. Pozwólmy jej nie określać się. Na myśl przychodzi… Marvel, DC, Star Wars, Game of Thrones, prawica, lewica, pizza z ananasem lub bez i w ogóle wszystkie zero-jedynkowe spory odbywające się w chwili obecnej w mediach i działania dążące do polaryzacji społeczeństwa. Tym bardziej, że część z tych działań jest ewidentnie zaplanowanych przez grupy, którym na rękę jest podział ludzi. Pomijając zupełnie efekt, którym jest nienawiść wyrażana najpierw w mowie, a potem wielokrotnie w czynach, tworzy się atmosfera debaty publicznej, w której człowiek jest zobowiązany do postawienia stopy w obozie jednej z dwóch opozycyjnych stron. Nie ma miejsca na wszystkie mgliste stany pomiędzy ekstremami. Nie ma miejsca na samodzielne myślenie, o którym wspomina Maria w filmie. Ona sama najpierw jest naciskana do udzielenia wywiadu, kiedy nie ma nic do powiedzenia. Kiedy ma coś do powiedzenia, nikt nie stara się zrozumieć i skupia się na najbardziej prowokacyjnej części. Kiedy godzi się na wywiad jest dalej atakowana. Na koniec mężczyzna siłą stara się wydusić z niej deklarację przynależności ideologicznej.

Na szczęście Krystyna Janda kreuje tutaj tak silną postać, że wyszedłem z kina bez troski o jej los, a ze smutkiem i ubolewaniem nad stanem dzisiejszego świata. Świata, w którym naturalną reakcją na zamach terrorystyczny jest odwet, na perspektywę edukacji jest kłamstwo i ucieczka, a obojętność na publiczne wyrażanie agresji w stosunku do odmiennej religii, narodowości, orientacji seksualnej, rasy. Ta wizja już taka słodka nie jest i koniec mojego dnia był raczej gorzki.

Ocena: 6/10

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s