Asako. Dzień i Noc

W polskich kinach, trochę po cichu, pojawiła się pozycja, która powinna zainteresować fanów japońskiego kina. ‚Asako. Dzień i Noc’ to uczestnik głównego konkursu Cannes z 2018 roku i najnowszy film reżysera Ryusuke Hamaguchiego. Jak na slow-cinema brakuje mu głębi typowej dla tego typu rozwiązań w kinie. Wbrew pozorom to bardzo lekki i przyjemny seans. Chociaż wypełniony jest po brzegi melancholią i ujęciami zamyślonej i zawieszonej w stanie pół-snu bohaterki to osią fabularną jest romans rodem z komedii romantycznej, w który zamieszani są przyjaciele zakochanych, a ich spotkania nierzadko dostarczają widzowi powodu do śmiechu.

Film rozpoczyna historia pierwszego spotkania i miłości od pierwszego wejrzenia, która nie ma prawa się zdarzyć w prawdziwym świecie, jak zauważa później przyjaciel pary. Asako poznaje Baku w galerii sztuki w Osace. Wpatrzoną w zdjęcie dziewczynę mija chłopiec nucący pod nosem melodię, który niczym zaklinacz węży wyciąga ją za sobą z budynku. Przez chwilę śledzi go w raczej niewygodny dla widza sposób (niezależnie od płci, creepy), ale w odpowiednim momencie skręca w przeciwnym kierunku. Właśnie wtedy dzieje się magia. Strzelają fajerwerki, obracają się ku sobie, on podchodzi i ją całuje. Komu przytrafiła się taka sytuacja niech podniesie rękę. Mamy więc szczęśliwą parę młodzieńców, którzy nawet ulegając wypadkowi drogowemu nie widzą świata wokół siebie i wpadają sobie w objęcia leżąc na środku jezdni. Romantycznie, ale unosi się atmosfera jednostronności i uległości. Asako wydaje się bardzo bierna. Sielanka trwa do momentu, kiedy dowiadujemy się z planszy, że Baku wyszedł po buty i nigdy nie wrócił.

Wracamy do Asako kilka lat później, kiedy pracuje w kawiarni w Tokio i przypadkiem wpada na mężczyznę, który wygląda identycznie jak Baku. Nie bez powodu, bo Ryohei gra ten sam aktor. Szok i odtrącenie, które są reakcją Asako tylko wzbudzają zainteresowanie wyglądającego jak sobowtór chłopaka. Z kolei ona jest przyciągana przez jego podobieństwo do pierwszej i najprawdopodobniej jedynej miłości dziewczyny. Można przypuszczać, że gdyby nie Baku, ta dwójka nigdy by się ze sobą nie poznała. Czy jest to błogosławieństwo czy klątwa, która odbije się czkawką na ich relacji? Okazuje się bowiem, że Baku z Ryohei łączy jedynie warstwa zewnętrzna, a charakter drugiego jest wręcz przeciwieństwem pierwszego. Bezinteresowny, miły, ufający, potrafiący obrócić nieszczęśliwą sytuację w sukces bliskich mu osób i podjąć trudne decyzje wymagające poświęceń. Żeby jednak doszło do trwałego połączenia tej dwójki nie wystarczą zwykłe fajerwerki i atrakcyjna melodyjka. Tym razem potrzebne jest trzęsienie ziemi i to nie byle jakie, które w Japonii zdarzają się często, ale trzęsienie ziemi w Tohoku z 2011 (tsunami niszczące elektrownię atomową w Fukushimie). Paraliż miasta i transportu publicznego doprowadza do spotkania w tłumie pary zakochanych. Scena jest nagrana niczym odbicie lustrzane spotkania z Baku z początku filmu, ale tym razem to Asako podchodzi do mężczyzny i po raz pierwszy wykazuje inicjatywę.

Wszystko, co dzieje się później to eksploracja życia codziennego, wspólnego mieszkania, zajmowania się kotem i miłości reprezentowanej przez budowanie zaufania i wzajemnego oparcia. W pewnym momencie następuje nieuniknione, czyli powrót Baku do życia kobiety i zderzenie relacji budowanej latami z płomiennym uczuciem czasów młodości. Każdy, kogo życie postawiło w podobnej sytuacji wie jak niewłaściwa reakcja potrafi w mgnieniu oka popsuć sprawy w związku i tutaj mamy świetny tego przykład.

To, co pozytywnie zaskakuje to jak film nie próbuje nawet przez chwilę oceniać wyborów bohaterów i nawet, kiedy widz chce cisnąć telefonem w ekran stara się sprowadzić nas na ziemię i podejść do sytuacji w sposób bardzo realistyczny i dorosły. Chyba o tym jest ten film, jeżeli mamy go traktować, jako coś więcej niż prosty romans. O dorastaniu do miłości. Miłości i życia, które może być jednocześnie brudne i piękne jak rzeka przepływająca przed domem w ostatniej scenie filmu.

Często to powtarzam, ale zawsze urzeka mnie w kinie azjatyckim, a przede wszystkim japońskim i koreańskim krajobraz i urbanistyka. Bez znaczenia czy to jest anime czy live-action. W tym filmie to wszystko jest, więc jeśli chcesz wybrać się do kina na obraz z pogranicza dramatu, romansu i komedii, a przy okazji popatrzeć na Osakę, Tokio, wąskie osiedlowe uliczki, przejścia dla pieszych między stacjami metra wijące się nad ulicami, zielone wały przy brzegach rzek i szybkie pociągi to spędzisz miło dwie godziny. Nie oczekiwałbym jednak niczego więcej. Żadnych zmieniających podejście do życia duchowych doświadczeń.

Ocena: 6/10

Brightburn

Kosmiczna kapsuła ląduje w Kansas na farmie młodego małżeństwa starającego się o dziecko, a w niej niemowlak. Mały chłopczyk, którego para postanawia zatrzymać i wychować jak swoje. Z wiekiem okazuje się, że przybysz z obcej planety przejawia pewne specjalne zdolności. Brzmi znajomo? Oczywiście, bo to początek każdej historii o Supermanie, których w komiksach i w kinie mieliśmy już wiele wersji. ‚Brightburn’ wywraca tę historię do góry nogami i zadaje pytanie, co by się stało, gdyby Superman przybył na Ziemię z mniej pokojowymi zamiarami. To pierwsza próba odwrócenia roli superbohatera w nowoczesnym kinie. Takie zabiegi pojawiały się często w komiksach. Jedną z najciekawszych wersji herosa z literką ‚S’ na piersi jest moim zdaniem ‚Red Son’, gdzie Clark Kent nie ląduje w Stanach, ale w ZSRR na początku Zimnej Wojny. Bardzo możliwe, że takie podróże w bok staną się popularne ze względu na pozytywny odbiór produkcji pokroju ‚Spiderman: Into the Spiderverse’, co pozwala twórcom na zabawę w alternatywne wersje wszechświata.

W ‚Brightburn’ dość szybko przekonujemy się, że młody Brandon Breyer ma problemy z odnalezieniem się w grupie rówieśników. Bardzo karykaturalne i stereotypowe postaci kolegów szkolnych służą wyłącznie do znęcania się nad chłopcem i uruchomienia trybików nienawiści i rewanżu w jego umyśle. Ten zamyka się w sobie, skupia na nauce anatomii ludzkiego ciała, ekosystemu insektów, gdzie znajduje odpowiedzi na nurtujące go egzystencjalne pytania. Kiedy uświadamia sobie, do czego jest zdolny, natychmiast stawia się na szczycie łańcucha pokarmowego i pozbywa jakiegokolwiek szacunku do słabszych, których traktuje jak robactwo. Niezależnie od wieku i pozycji społecznej.

Żałuję, że film nie skupia się bardziej na tej części psychologicznej przemiany bohatera, bo pole do popisu jest. Znajdujemy się w końcu w słabo rozwiniętym ekonomicznie obszarze kraju, na co świetnie zwracają uwagę twórcy drobnymi detalami wizualnymi. Chłopiec jest adoptowany i świadomy tego. To wszystko w połączeniu z problemami dojrzewania i życiem szkolnym i towarzyskim nastolatka buduje idealny fundament pod rozwinięcie cech charakteru bohatera, które sprowadzają go na mroczną ścieżkę. Mam wrażenie, że w takiej sytuacji morderstwa miałyby troszkę mocniejszy wydźwięk, szczególnie te dokonywane na teoretycznie bliższych mu osobach. Niestety, tego nie ma albo jest bardzo mało, bo Brandon przeobraża się przez magiczne oddziaływanie na niego statku, w którym przybył, a który rodzice postanowili schować pod stodołą. Obiekt go przyzywa do siebie i tłumaczy, że musi podbić świat. Zabieg jest prosty, ale wybaczam ze względu na czas trwania filmu. Zawszę szanuję decyzję, żeby zamknąć historię w 90 minutach.

Czym nadrabia ‚Brightburn’? Nadrabia byciem porządnym slasherem, bo do tego się w końcu sprowadza. Przemocy, krwi i paskudnych rozwiązań na zrobienie komuś krzywdy jest tutaj sporo. Był moment, w którym chciałem oderwać wzrok od ekranu. Ktoś postarał się, żeby dopieścić ten film również pod względem graficznym. Motywy znaku rozpoznawczego Brandona, jego logo stworzonego z dwóch odwróconych literek B, pojawiają się na przestrzeni całego obrazu. Kocyk, w którym został przyjęty, jako niemowlę i zrobił z niego ostatecznie swój strój z peleryną, ale także mniejsze elementy jak dekoracja ścian, ornamenty naczyń czy większe i bardziej oczywiste jak belkowanie bramy do stodoły, w której zamknięta jest jego kapsuła kosmiczna. Wszystkie te elementy korzystają w pewnym stopniu z logo Breyera, którego proces powstawania w filmie tak bardzo kojarzy mi się z nadawaniem ksywek bohaterom gier komputerowych przez graczy. Bohaterom, w których później się wcielają i wielokrotnie dokonują wyborów między dobrem i złem. Ten tok myślenia prowadzi oczywiście do zastanowienia się nad faktem, ilu z nas, posiadając takie moce też wybrałoby pozornie łatwe życie złoczyńcy. Film rezygnuje jednak świadomie z takich rozważań ze względu na to, o czym pisałem we wcześniejszym akapicie.

Efekty specjalne są na relatywnie odpowiednim poziomie, biorąc pod uwagę budżet wynoszący jedyne 6mln USD. Aktorsko jest w porządku. Nikt nie zachwyca. Nikt nie kłuje w oczy. Ciekawostką jest, że chłopiec grający głównego bohatera (Jackson A. Dunn) grał ostatnio w Avengers Endgame. Był jedną z wersji Scotta Langa, kiedy pojawiał się i znikał, jako dziecko, młodzik i starzec w trakcie prób podróży w czasie. Jeśli miałbym kogoś wyróżnić to Elizabeth Banks w roli matki, która wprowadza najwięcej emocji i ma najsilniejszą więź z Brandonem.
Film polecam każdemu, kogo w ogóle zainteresowało założenie fabuły i ma ochotę obejrzeć kilka brutalnych sposobów na zakończenie żywota, wykorzystując przy tym postać obdarzoną mocami superbohatera, których zazwyczaj na ekranie widujemy w odwrotnej roli lub w wersji PG.

Ps. Jest jedna scena, a raczej relacja kilku scen w tym filmie, które uważam za świetnie zbudowane, ale wiąże się to ze sporym spoilerem, więc tylko wytłumaczę, że chodzi mi o związek hasła „Take the world”, które wyryło się w świadomości Brandona, pewnego obrazka w zeszycie, gdzie widzimy jak strzela z oczu w planetę i sposobu, w jaki zabija pewną osobę jeszcze przed finałem.

Ocena: 5/10

Gloria Bell

Jeśli nie macie jeszcze pomysłu na prezent w Dzień Matki, a przypominam dla zapominalskich, że to już jutro, nie szukajcie dalej. Zabierzcie swoje mamy do kina na seans ‚Gloria Bell’, który pojawił się w repertuarach kin w miniony piątek.

Tytułowa bohaterka to kobieta w średnim wieku, rozwódka i matka dwójki dorosłych już dzieci. Nadal piękna, nadal przepełniona energią i chęcią do tańca zarówno na parkiecie, jak i w życiu codziennym i miłosnym. W tej roli genialna Julienne Moore, która swoją grą aktorską bierze na barki ciężar filmu, a niesamowita uroda pomaga miejscami coś udowodnić, korzystając z kontrastów. Poznajemy ją na dyskotece. Spotykając znajomą twarz w tłumie od razu korzysta z sytuacji i szansy do flirtu z mężczyzną, a kiedy rano budzi się sama jest zawiedziona. Jednak pozbywa się tych ciemnych myśli równie szybko jak kota, który ciągle znajduje wejście do jej mieszkania i nawiedza dzień po dniu. Bardzo często jeździmy z Glorią autem, obserwując ją z fotelu pasażera. Gloria śpiewa piosenki o miłości, przemierzając słoneczne ulice amerykańskiej metropolii. To, że ciągle jest w drodze świetnie oddaje to, co dzieje się z nią w środku.

Każdy z nas chce się czuć potrzebny, a najbardziej matka dzieciom i kochanka kochankowi. Ten pierwszy przypadek jest pokazany bardzo szeroko, uczciwie i w sposób bardzo nowoczesny. Mogę się do niego odnieść jedynie z perspektywy dziecka, które jest w wieku dzieci głównej bohaterki. Dzieci mają własne życie. Syn, grany przez Michaela Cere (Scott Pilgrim vs The World) jest już żonaty, ma dziecko, ale opiekuje się nim praktycznie sam, kiedy „żona odnajduje siebie na pustyni”. Gloria pragnie być częścią nowej rodziny syna. Chce doradzić Peterowi w sprawie leczenia malucha, chce pomóc ułożyć go do snu, ale ten skutecznie ją odpycha. Córkę Glorii poznajemy w trakcie lekcji yogi, na którą poszła po raz pierwszy w życiu. Czujemy, że na zajęcia przyciągnęła ją chęć spędzenia czasu z Anne, która zaraz po wyjściu z sali ćwiczeń przedstawia chłopaka ze Szwecji i odjeżdża. Gloria na każdym kroku musi się godzić z tym, że ostatecznie zostaje sama. Naturalnie, jak podkreślają to słowa piosenki, której słucha na wieczorku muzycznym w knajpce. Matka kocha swoje dzieci. Marzy jej się spędzanie z nimi więcej czasu. To ona dzwoni do nich w trakcie pracy. Prawie nigdy na odwrót. Córka dzwoni do matki, kiedy faktycznie jest bardzo źle, potrzebuje pomocy i taki przypadek również w filmie widzimy, ale w rolę córki tym razem wciela się właśnie sama Gloria. Ta matczyna miłość musi się jednak objawiać w zaufaniu, w kibicowaniu poczynań dorosłych już osób. One tego potrzebują i ona to rozumie, mimo że wielokrotnie jest zawiedziona okruchami z ich życia, które otrzymuje po tylu latach spędzonych pod wspólnym dachem. Małymi nagrodami są sytuacje, kiedy przy okazji urodzin spotykają się przy stole z rozwiedzionym mężem i okazuje się, że matka wie o wszystkim, co dzieje się w życiu dzieci, a on niekoniecznie.

Przy tym samym stole, Gloria przedstawia rodzinie swojego kochanka, którego poznała na dyskotece. Gdzie indziej? Przecież kocha tańczyć. Tym razem wieczór skończył się seksem. Później randka, jedna, druga i coś ich połączyło. Jednak postać Arnolda, w którą wciela się John Turturro od początku wydaje się trochę dziwna i niepasująca do energicznej i kochającej życie kobiety. W ich wątku zgłębiamy ten drugi rodzaj uzależnienia od siebie. Arnold jest strasznie toksycznym mężczyzną, ale w sposób kompletnie pozbawiony agresji. Jest chodzącym kłębkiem lęków, niepokojów i kompleksów. Dowiadujemy się o nim więcej dopiero, kiedy wchodzi w interakcję ze znajomymi i rodziną Glorii. Ona sama tak naprawdę nie potrafi odpowiedzieć na pytanie kim jest mężczyzna, z którym się spotyka. Jest typowym przykładem zaborczego mężczyzny, który nie dzieli się z partnerką bardzo dużą częścią swojego życia, jaką jest jego rodzina w postaci eks i dwóch córek wiecznie dzwoniących do niego z prośbą o pomoc. Jednocześnie wymaga od Glorii totalnego poświęcenia czasu i uwagi. Zwyczajnie chciałby ją zamknąć w klatce i mieć tylko dla siebie. Wielokrotnie zachowuje się jak burak, ale jak to się objawia nie będę zdradzał i zostawię Wam przyjemność z obserwacji, bo ich romans to mimo wszystko główna oś fabuły.

W filmie znajduje się świetna scena, kiedy Gloria spotyka ulicznego artystę otoczonego tłumem gapiów. Zabawia ich tańcem marionetki na sznurkach. To mały szkielecik. Zebrani wokół młodzi ludzie w garniturach się śmieją, zadowoleni z samego aktu, a Gloria w bezruchu ze smutkiem i melancholią wymalowaną na twarzy dostrzega w zabawce samą siebie. Sytuacja ma swoje odzwierciedlenie w innych miejscach, jak kiedy odpowiada przyjaciółce, że „kiedy świat się będzie kończył, ja będę tańczyć” lub na dyskotece, kiedy nieobecna tańczy z dużo starszym mężczyzną i jedyne, co widzimy to akt, ale wewnątrz brak jakichkolwiek emocji. Motyw ten pojawia się również w finale, kiedy przyjaciółka zaciąga ją do tańca. Gloria najpierw odmawia, potem idzie z niechęcią i zaczyna wykonywać ruchy podobne do szkielecika, kierowanego przez lalkarza. W pewnym momencie zatrzymuje się i zdaje sobie sprawę, że niepowodzenia nie mają prawa odebrać jej radości z tańca i po raz kolejny daje się porwać muzyce.

Nowy film Sebastiana Lelio, chilijskiego reżysera, autora ‚Fantastycznej Kobiety’, która zgarnęła w zeszłym roku statuetkę Oskara za najlepszy film nieanglojęzyczny ma bardzo słodko-gorzki wydźwięk. Jest w nim jednak na tyle dużo ciepła i emocji rodzinnych, matczynych, a przy tym kreacja Julienne Moore dodaje wszystkiemu na ekranie mnóstwo życia i kolorytu, że warto wybrać się do kina. Jeżeli zabierzecie swoje mamy, jestem pewien, że będą zadowolone. Taniec przewija się notorycznie w trakcie seansu, a że nie jest to film niemy, dostajemy potężny soundtrack. Taneczne ruchy tułowiem, rękoma i stopami wszystkich pań w średnim wieku, które były ze mną na sali mogę porównać jedynie do dzieci, które podczas bajek Disneya wychodzą ze swoich alejek na schody i bawią się, tańczą i dopingują bohaterów na ekranie.

Ocena: 7/10

Pogawędki O Drzewach To Zbrodnia

‚What kind of times are these, when
To talk about trees is almost a crime
Because it implies silence about so many horrors?
When the man over there calmly crossing the street
Is already perhaps beyond the reach of his friends
Who are in need?’
(by Bertolt Brecht)

Będąc przez jeden dzień w Warszawie w trakcie Millenium Docs Against Gravity, obejrzałem kilka filmów dokumentalnych, ale jeden wyraźnie skradł moją sympatię. Po pierwsze, porusza temat kina, a po drugie przedstawione postacie są tak pełne pasji, mimo niesprzyjających warunków, że nie sposób ich nie polubić.

‚Pogawędki O Drzewach To Zbrodnia’ to historia grupy reżyserów, filmowców, artystów z Sudanu. Już od dawna nie nakręcili żadnego filmu, a powodem jest sytuacja polityczna w kraju, gdzie w czasie wojen domowych, zamachów stanu i pseudo-wyborów, w których wygrywa zbrodniarz oskarżony o zbrodnie przeciwko ludzkości, nie ma miejsca nie tylko dla sztuki, ale także dla osób o otwartych sercach i umysłach. Z tego powodu wielu z nich musiało uciec zagranicę, po to by ostatecznie powrócić w dość zaawansowanym wieku i spróbować przywrócić chwałę instytucji kina. W tym celu zakładają Sudańską Grupę Filmową i starają się znaleźć i wynająć odpowiednie miejsce oraz sprzęt do wyświetlania filmu oraz uzyskać odpowiednie pozwolenia rządowe.

Dokument zaczyna się nietypowo. Widzimy naszych bohaterów, którzy udają, że mają kamery, światło, a jeden z nich ewidentnie imituje kobiece ruchy i ubrany jest w chustę. Po chwili rozpoznajemy scenę z ‚Sunset Boulevard’, którą próbują odtworzyć. Takich magicznych chwil w trakcie seansu jest mnóstwo. Wierzymy w ich miłość do kina i niesamowitą pasję, ale również warsztat, bo pokazane są krótkie wycinki z dość kiepsko zachowanych filmów, które tworzyli niemal 40-50 lat temu. Wspomina się również o nagrodach na zagranicznych festiwalach filmowych. Każdy z nich studiował bowiem w zagranicznych szkołach filmowych (Egipt, Rosja, Niemcy) po to, żeby wrócić do ojczyzny i tworzyć, wzbogacać sudańskie kino. 

Problemem jest fakt, że kina w Sudanie wymarły. Stoją puste i straszą. Wyglądają przepięknie, niczym amfiteatry z widownią na wolnym powietrzu i wielkimi ekranami na tle gwieździstego nocnego nieba. Kiedy udaje im się w końcu wyszukać i wynająć bardzo stare, zaniedbane, opuszczone kino zabierają się do pracy. Jak się jednak okazuje, największym problemem jest pozwolenie od kilku organizacji bezpieczeństwa państwowego na wyświetlenie jakiegokolwiek filmu. W tym wypadku jest to ‚Django’ Quentina Tarantino. Akurat tą pozycję wybrali mieszkańcy wioski, w której dzieje się akcja. W trakcie wypełniania ankiet możemy dowiedzieć się od nich, że większość nigdy w życiu nie była w kinie, mimo że niektórzy chłopcy mogą być już pełnoletni, ale wszyscy są niesamowicie podekscytowani przedsięwzięciem. Obrazu dopełnia przepiękna scena, kiedy jeden z filmowców wprowadza na teren kina wielbłąda na smyczy, opowiada mu, gdzie się znajduje, robi sobie z nim selfie i wspomina, że w tym miejscu działa się magia, kiedy jeszcze nie było go na świecie. Sprawdziłem i Wikipedia podaje długość życia wielbłąda jednogarbnego w okolicach 50 lat. Wszystko się zgadza i tym bardziej jest to smutne.

Smutne jest to, że ci ludzie, pasjonaci kina, twórcy, artyści, promotorzy sztuki nie mogą we własnej ojczyźnie odnaleźć sposobu na wyrażenie siebie i pomoc przyjacielowi, do czego nawiązuje wiersz Brechta, a którym jest każdy ich rodak i oni dla siebie nawzajem. Smutne jest to, że ci ludzie żyją w rzeczywistości, gdzie publicznie pozwala się wyłącznie na rozmowę o drzewach, a cały horror, który noszą w sobie muszą ukrywać.

Film zadebiutował w tym roku w trakcie Berlinale i wygrał tam nagrodę w dwóch kategoriach. Polecam mocno.

Ocena: 8/10

Słodki Koniec Dnia

W najbliższy piątek ogólnopolska premiera najnowszego filmu Jacka Borcucha pod tytułem ‚Słodki Koniec Dnia’. W rolach głównych Krystyna Janda i Kasia Smutniak. Mam nadzieję, że dla wielu widzów już same nazwiska będą odpowiednią zachętą, bo w tym wypadku zostaną nagrodzeni porządnym dramatem zbudowanym wokół postaci polskiej laureatki Nagrody Nobla w dziedzinie literatury, która przed wprowadzeniem stanu wojennego przeniosła się do Włoch, gdzie poznała przyszłego męża i osiadła na stałe.

W tej roli znakomicie sprawdziła się Janda, grając rolę tak często przypisywaną w kinie mężczyznom, pewna siebie, inteligentna, otoczona szacunkiem rodziny i ważnych osób toskańskiego miasteczka. Ludzie chcą się ogrzać w blasku jej talentu i pozycji. Do czasu. Do momentu, kiedy jej reputacja jest nieskazitelna. Maria czerpie z życia garściami. Uśmiecha się do mężczyzn, nie stroni od luksusu, cieszy się ze świeżej ryby na stole, z zabawy w łóżku z wnukami i pięknych zachodów słońca wśród prześlicznych toskańskich ogrodów. Słodkie są końce dni w tej malowniczej scenerii.

Zdjęcia same w sobie są warte wycieczki na ten seans. Przypomina się Bertolucci z jego ‚Ukrytymi Pragnieniami’ czy chociażby ostatnio ‚Tamte Dni, Tamte Noce’ Guadagnino. Te porównania nie przychodzą na myśl jedynie na widok przyrody, ale również w scenach kręconych wewnątrz domu, komisariatu, knajpki. Każdy kadr jest dopracowany z wielką dbałością i śmiało mógłby służyć, jako obrazek na ścianie. Za zdjęcia odpowiedzialny był Michał Dymek. Sfera wizualna świetnie współpracuje z muzyką, za którą odpowiedzialny był Daniel Bloom, a momentami możemy również usłyszeć utwory „wykurwistego” Franka Sinatry. Takie opakowanie ja lubię, szanuję i nigdy mi się nie znudzi, zarówno w życiu i w kinie.

Główną osią dramatu jest romans Marii z Koptem, który prowadzi skromną tawernę obok portu, a z którym nawiązała więź i porozumienie na poziomie emocjonalnym i artystycznym w przeciwieństwie do męża, którego oczywiście kocha, ale nudzi ją jego ciche stawianie kroków w starych kapciach i domyśleć się można, że nie chodzi jej dosłownie o dźwięk obcasa bijącego w drewno podłogi. Potrzebuje czegoś nowego. Po raz kolejny, schemat tak często wykorzystywany w przypadku postaci męskich. Stylóweczka Jandy przypomina mi tutaj Marcello Mastroianniego z filmów Felliniego, wiecznie noszącego ciemne okulary Prady. Cała ta jej zabawa w miłosne podchody odbywa się w okresie nasilenia problemów imigracyjnych w Italii. Pewnego dnia dochodzi do zamachu w Rzymie, gdzie na placu Popolo eksploduje bomba. Maria postanawia zabrać w tej sprawie głos podczas imprezy miejskiej, której jest główną atrakcją i odbiera nagrodę. Nie będę zdradzał więcej poza tym, że jej mowa wywołała ogromne kontrowersje, a agresywne zachowania w stosunku do obcokrajowców nasilają się we włoskim społeczeństwie.

Z resztą, wątek imigrantów i tolerancji jest dość łopatologicznie przedstawiony i pewnie skupi się na nim większość komentarzy. Szczególnie metafora z klatką, która jest pięknie zrealizowana, ale jednak mocno bezpośrednia. Nie będę dokładał kolejnej cegiełki. W związku z tym, bardziej mnie zainteresował aspekt, który przewijał się przez cały film i został zaakcentowany zaraz po ostatnim ujęciu wierszem na temat mgły. Wiersz wychwalający jej stan, która nie należy ani do ziemi, ani do nieba i nawet ona sama nie wie, gdzie jest jej miejsce. Pozwólmy jej dryfować. Pozwólmy jej nie określać się. Na myśl przychodzi… Marvel, DC, Star Wars, Game of Thrones, prawica, lewica, pizza z ananasem lub bez i w ogóle wszystkie zero-jedynkowe spory odbywające się w chwili obecnej w mediach i działania dążące do polaryzacji społeczeństwa. Tym bardziej, że część z tych działań jest ewidentnie zaplanowanych przez grupy, którym na rękę jest podział ludzi. Pomijając zupełnie efekt, którym jest nienawiść wyrażana najpierw w mowie, a potem wielokrotnie w czynach, tworzy się atmosfera debaty publicznej, w której człowiek jest zobowiązany do postawienia stopy w obozie jednej z dwóch opozycyjnych stron. Nie ma miejsca na wszystkie mgliste stany pomiędzy ekstremami. Nie ma miejsca na samodzielne myślenie, o którym wspomina Maria w filmie. Ona sama najpierw jest naciskana do udzielenia wywiadu, kiedy nie ma nic do powiedzenia. Kiedy ma coś do powiedzenia, nikt nie stara się zrozumieć i skupia się na najbardziej prowokacyjnej części. Kiedy godzi się na wywiad jest dalej atakowana. Na koniec mężczyzna siłą stara się wydusić z niej deklarację przynależności ideologicznej.

Na szczęście Krystyna Janda kreuje tutaj tak silną postać, że wyszedłem z kina bez troski o jej los, a ze smutkiem i ubolewaniem nad stanem dzisiejszego świata. Świata, w którym naturalną reakcją na zamach terrorystyczny jest odwet, na perspektywę edukacji jest kłamstwo i ucieczka, a obojętność na publiczne wyrażanie agresji w stosunku do odmiennej religii, narodowości, orientacji seksualnej, rasy. Ta wizja już taka słodka nie jest i koniec mojego dnia był raczej gorzki.

Ocena: 6/10